Co mi dała emigracja?

Największym paradoksem mojego życia jest to, że nigdy nie marzyłam o tym, by mieszkać za granicą. Dobrze mi było w moim ojczystym kraju, a język polski kochałam do tego stopnia, że ukończyłam polonistykę i świetnie się czułam w roli dziennikarki. Przewrotny los sam poniekąd zadecydował za mnie, choć ostatecznie to ja podjęłam decyzję o wyjeździe do Francji.

Emigracja była dla mnie początkiem zupełnie nowego życia. Z jednej strony bardzo fascynującego, z drugiej pełnego trudności, z którymi przyszło mi zmierzyć się po raz pierwszy. Kryzysów miałam wiele, a wracać do Polski chciałam już milion razy. A jednak zostałam. Bo nigdy nie jest tak, że życie coś ci zabiera, nie dając nic w zamian.

Emigracja, niezależnie od motywów wyjazdu, staje się ubogacającym doświadczeniem, jeśli tylko potrafimy odpowiednio na nią spojrzeć i wyciągać wnioski. Bo, paradoksalnie, najczęściej to właśnie te trudne lekcje życia, wymagające wysiłku, potu i łez wnoszą w nasze życie niezwykłą wartość i wiedzę oraz zmuszają do rozwoju.

Co mi dała emigracja?

  1. Lekcję pokory 

Na emigracji dostałam, jak dotąd, największą w życiu lekcję pokory. Nowy kontekst życia zmusił mnie do spojrzenia na siebie i swoje życie z zupełnie innej perspektywy.

Nagle okazało się, że więcej nie wiem, niż wiem. Że wiele muszę się nauczyć. Że moje sukcesy zawodowe, wykształcenie i doświadczenie zawodowe o niczym nie świadczą ani niczego mi nie gwarantują, a nawet nic nie znaczą. Że muszę wydeptać swoją nową ścieżkę zawodową, zbudować nowe przyjaźnie i sieć kontaktów. Że muszę się dostosować i zaakceptować także to, co mi się tu nie podoba i wkurza na co dzień.

Że trzeba schować czasami dumę do kieszeni i umieć poprosić o pomoc. Że trzeba mówić w języku obcym, pomimo błędów, śmiesznego akcentu i ryzyka, że ktoś nas nie zrozumie albo wyśmieje. Że trzeba stale podejmować ryzyko okupione lękiem, że wydamy się śmieszni, niekompetentni, niezrozumiani.

2. Lekcję cierpliwości

Skoro mowa o języku, to przechodzimy do kolejnej lekcji – cierpliwości. Powiedzmy sobie szczerze – nauka języka francuskiego to była i chyba ciągle jeszcze czasami jest dla mnie drogą przez mękę bycia cierpliwym, wytrwałym, systematycznym, itd… No nie po drodze mi z tym językiem. Jadę na wycieczkę do Włoch i ogarniam, co ludzie dookoła mówią, a przecież liznęłam tylko włoski na studiach wieki temu.

Francuskiego uczyłam się przez 4 lata w liceum (powiedzmy;)), potem we Francji robiłam różne kursy, chodziłam do szkoły językowej, miałam różnych nauczycieli, przygotowywałam się do egzaminu DELF, imałam się różnych metod nauki, oglądam i słucham tylko francuskie media, przebywam wśród Francuzów i rozmawiam z nimi na co dzień, a ciągle mam wrażenie, że nie czuję tego języka. Nie na tyle, na ile chciałabym go znać i umieć, ale nie ustaję w wysiłkach. Opanowanie języka obcego do perfekcji to długa i żmudna droga, którą nie da się iść na skróty. Potrzeba ogromnych pokładów silnej woli, samozaparcia i własnej pracy, by dojść do celu.

Cierpliwości uczyłam się podczas każdej wizyty we francuskich urzędach. Na przykład wtedy, gdy moje wszystkie dokumenty zaginęły gdzieś w eterze i musiałam od początku rozpoczynać całą procedurę wyrabiania Carte Vitale (ubezpieczenia zdrowotnego), co zajęło prawie pół roku, a podobno to i tak nieźle. I wtedy, gdy zakładałam własną działalność lub gdy skradziono mi dowód osobisty. Szczególnie wtedy, gdy szukaliśmy mieszkania, chcieliśmy wziąć coś na raty lub czekaliśmy dwa miesiące na naprawę internetu. Gdy zmieniała się moja sytuacja życiowa lub zawodowa i w każdym urzędzie musiałam aktualizować informacje.

Na emigracji po prostu trzeba być cierpliwym, bo wszystko ma swój czas, szczególnie w pierwszych latach, kiedy dopiero poznajemy kraj, kulturę uczymy się języka i nowych zwyczajów. Tak naprawdę uczymy się przecież życia od nowa. 

3. Lekcję asertywności i budowania poczucia własnej wartości

Łatwo stracić pewność siebie, gdy nagle, z kobiety niezależnej, samodzielnej i spełnionej stajesz się osobą wrzuconą w kompletnie nową rzeczywistość, której nie znasz, nie rozumiesz i musisz się w niej na nowo odnaleźć. Odnaleźć siebie, swoje miejsce, ścieżkę zawodową i sposób funkcjonowania. Tak naprawdę musisz na nowo zbudować siebie.

Gdy nie rozumiesz, co ludzie do Ciebie mówią albo gdy sama nie jesteś w stanie wyrazić siebie w taki sposób, w jaki byś chciała. Gdy nie możesz znaleźć pracy albo sama załatwić prostej sprawy w urzędzie. Gdy nie Wiesz, jak skorzystać z bankomatu lub zrealizować czek w banku. Gdy nie możesz znaleźć w sklepie składników do ulubionej potrawy albo nie jesteś pewna składu produktu, który widzisz po raz pierwszy w życiu. Gdy nie Wiesz, jak się zachować przy stole, jak przywitać gości lub zjeść mule w restauracji. Gdy godzisz się na pracę dużo poniżej kwalifikacji lub stawki nieadekwatne do Twojego zaangażowania. Gdy żyjesz w lęku, że coś zrobisz nie tak lub musisz ciągle kogoś prosić o pomoc. Gdy stajesz się nagle zależna od swojego partnera lub męża, choć do tej pory świetnie sama radziłaś sobie w życiu.

Mam wrażenie, że emigracja bardzo mocno nadszarpnęła moje poczucie własnej wartości, ale też pozwoliła mi je na nowo odbudować, na dużo mocniejszych fundamentach. Te lekcje były czasami bardzo bolesne, ale efekt jest taki, że nauczyłam się mówić stanowcze ” nie”, gdy coś nie jest dla mnie albo mi nie służy. Że potrafię lepiej zadbać o siebie i swoje interesy, nie godzę się na coś co może „wypada”, ale mi nie sprawia żadnej przyjemności. Mając w pamięci wszystkie przepracowane weekendy i nadgodziny, cenię swój czas niesamowicie i nie zgadzam się na pracę w święta i weekendy. To dla mnie święty czas.

Z tych wszystkich kryzysów i trudnych doświadczeń emigracyjnych na pewno wyszłam dużo silniejsza i odważniejsza niż byłam wtedy, gdy przyjechałam do Francji. Mam też dla siebie podziw i szacunek nie tylko dlatego, że to przetrwałam, ale że ciągle próbowałam, że rezygnowałam i zaczynałam od nowa, że bałam się, ale działałam, załamywałam i podnosiłam, chciałam wracać do Polski, a potem mobilizowałam siebie i męża do zmian i spełniania marzeń.

Przez ostatnich kilka lat spędzonych na emigracji toczyłam ze sobą samą niesamowite boje. I choć zabrzmi to jak tekst z książki coachingowej, to dzięki temu naprawdę poznałam siebie, swoje ograniczenia, ale i możliwości. I to jest wiedza, która już procentuje i zapewne będzie procentować w przyszłości.

3. Radość z życia i umiejętność odpoczywania

Jeśli zapytacie mnie, czy jest coś, za co kocham Francuzów, to odpowiem Wam bez wahania, że za ich styl życia. Mam na myśli tzw. joie de vivre, czyli radość z życia i umiejętność korzystania z niego na co dzień.

To się przejawia zarówno w ich podejściu do jedzenia, jak i w sposobie spędzania czasu poza pracą, weekendów i wakacji. Francuzi pracują po to, żeby żyć, nigdy odwrotnie. Chodzą do resturacji na co dzień, nie tylko, gdy są ku temu szczególne okazje. Uwielbiają podróże i weekendy poza miastem, piknikowanie i grillowanie pod chmurką.

Przerwa lunchowa jest świętością i Francuzi spędzają ją zazwyczaj poza biurem, w lokalu, w parku czy po prostu na kawałku zielonej trawki. Po pracy uprawiają sport lub spotykają się ze znajomymi. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić francuską rodzinę, która całą niedzielę spędza w domu albo sobotni wieczór przed telewizorem. Podróże czy kolacja w restauracji to nie luksus ani kaprys, a nieodłączny element ich życia. I to jest coś, czego się od nich uczę i co z przyjemnością wdrażam w w życie.

4. Polubiłam gotowanie

Czasami śmieję się, że Francja dokonała cudu. Ja i gotowanie? Koń by się uśmiał, a już na pewno ci, co mnie przed emigracją dobrze znali. Nie umiałam i nie lubiłam gotować, choć pewnie jedno z drugiego wynikało.

Tak się jakoś złożyło, że któregoś dnia postanowiłam zatrudnić się w paryskiej restauracji i, o dziwo, tę pracę dostałam – praktycznie z dnia na dzień. Tam nie tylko poznałam kuchnię francuską i nauczyłam się gotować, ale też gotowanie polubiłam. Wracałam do domu po całym dniu pracy i dalej eksperymentowałam we własnej kuchni, wypróbowując nowe przepisy.

To zabawne, ale w tym samym czasie uczyłam się gotować zarówno francuskie, jak i polskie dania. Kiedy tęskniłam za jakimś polskim specjałem, brałam po prostu przepis i sama sobie przyrządzałam. Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy w naszym emigranckim domu po raz pierwszy zapachniało prawdziwym rosołem, który zresztą wyszedł mi przepyszny. Na dodatek okazał się najprostszą zupą na świecie.

Pierogi, gołąbki, karkówka, zupy kremy – kiedyś wydawały mi się kosmosem i stratą czasu – dziś już są normalnością w mojej kuchni. Podobnie jak francuskie zapiekanki, prowansalski ratatouille, quiche czy mój popisowy deser – tarta cytrynowa z bezą. Nie wyobrażam sobie już też życia bez rozmaitych ziół prowansalskich, prawdziwej oliwy z pierwszego tłoczenia i rozmaitych sosów balsamicznych, serów i pasztetów francuskich. Cieszę się, że na co dzień mogę podglądać i inspirować się jedną z najlepszych kuchni na świecie.

5. Czerpię z bogactwa dwóch kultur

To jest niesamowity i największy przywilej życia na styku dwóch kultur – możliwość wyboru tego, co mi pasuje, co jest dla mnie dobre i wartościowe. We Francji nie tylko korzystam z opieki zdrowotnej, robię zakupy, podróżuję, ale też śledzę francuskie media, chodzę do kina i na koncerty, 1. maja mąż kupuje mi konwalie, a jednocześnie czytam polskie książki i gazety, obchodzę święta zgodnie z polskimi tradycjami, pamiętam o polskim „Dniu Mamy” etc. W naszym domu przeplatają się oba języki, tradycje i kuchnie obu kultur i uważam to za coś niezwykle ubogacającego!

Podobnie jak możliwość porównywania tych dwóch różnych krajów, kultur i narodów. Daleka jestem od zero-jedynkowych ocen i wyborów. Emigracja nauczyła mnie właśnie, że nic nie jest pewnikiem i dane raz na zawsze, a stereotypy niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Nie warto generalizować, przypisywać łatek, przyjmować świat odruchowo i bezrefleksyjnie. Warto natomiast obserwować, wyciągać wnioski i wiedzę przydatne do życia na co dzień. Już dawno nie tracę energii na sprawy, na które nie mam wpływu, zajmuję się tym, co ja mogę zrobić, by moje życie było lepsze.

6. Spełniam marzenia 

Emigracja pozwoliła mi spełnić mnóstwo moich marzeń, szczególnie podróżniczych. Zobaczyłam miejsca, o jakich mi się nigdy nie śniło. Co ciekawe – nie zawsze były to podróże zaplanowane i we dwoje. Po raz pierwszy do Nicei poleciałam wraz z moją małą podopieczną i jej mamą. Ta podróż dała początek mojej miłości do południa Francji i mogę śmiało powiedzieć, że miała pośredni wpływ na to, że dziś mieszkam w Lyonie i spełniam kolejne marzenia.

To, za co jednak jestem dziś najbardziej wdzięczna i co umożliwiła mi emigracja, to styl życia, o którym w Polsce marzyłam, a który wiodę dzisiaj. Podróże stały się elementem naszej codzienności, a nie luksusem, na który można sobie pozwolić w wakacje lub nie. I nie jest to kwestia posiadania fortuny, a jedynie dokonywania wyborów.

Do dziś nie mamy frontów w kuchni, ale od przeprowadzki odbyliśmy mnóstwo dalekich i bliskch podróży, które rewelacyjnie nas odstresowują, ubogacają, bawią i nadają kolorytu naszej codzienności. O ile przyjemniej i efektywniej pracuje się w tygodniu, gdy po południu lub w weekend czeka na nas taka nagroda. Oczywiście to wszystko jest możliwe dzięki temu, że mieszkamy w pięknym regionie Francji, a Lyon to wspaniała baza wypadowa zarówno w góry, jak i nad morze, no i do mojej ukochanej Prowansji.

Elementem tego stylu życia są wyjścia do restauracji, wtedy kiedy mamy na to ochotę, a nie tylko od święta. Jak już wspominałam, Francuzi są wspaniałymi nauczycielami sztuki carpe diem. Uwielbiam długie, francuskie kolacje i gdy przyjmujemy gości, robimy to we francuskim stylu – spotkanie zaczynamy od aperitifu, następnie entrée, danie główne, kończąc na słodkim deserze lub serach.

Od dziecka nie lubiłam nudy i monotonii. Odkąd jestem na emigracji, nie mam z nimi nic do czynienia. Mam za to poczucie, że moje życie jest zwyczajnie niezwyczajne.

7. Wolność

Wolność rozumiana jako element stylu życia. We Francji musiałam przestać przejmować się tym, co ludzie pomyślą i pozbyć się chorego dążenia do perfekcjonizmu. Inaczej nigdy nie zaczęłabym mówić po francusku ani nigdy nie odważyłabym się iść na rozmowę o pracę, a nawet do sklepu. Przestałam zastanawiać się po sto razy, co dzisiaj ubrać i przejmować brakiem makijażu, bo ulice francuskich miast są mieszanką tak różnych styli, strojów i zachowań, że trudno tu kogoś czymkolwiek zaskoczyć.

Francuzi mają czas, nie spieszą się i nie stresują, że ktoś za nimi stoi w kolejce albo że blokują drogę, stojąc na awaryjnych światłach. Francuzki nie gorączkują się przyjazdem gości, nie spędzają przedświątecznego tygodnia w kuchni, a wieczorem w restauracjach można spotkać dzieci ubrane w piżamę. Plażowanie topless nie tylko mnie nie dziwi, ale sama chętnie biorę przykład z Francuzek.

Otwartość, brak spiny życiowej w takich zwykłych, codziennych sytuacjach i większa swoboda, której nauczyłam się do Francuzów, niewątpliwie wpłynęły na moje życie i zmieniły je na lepsze. Najprościej mówiąc – w wielu aspektach życia wyluzowałam.

Będąc za granicą, jest się często osamotnionym i zdanym tylko na siebie, ale to ma też swoje plusy. Człowiek staje się w pełni odpowiedzialny za siebie i swoje decyzje, sam je podejmuje i nie musi się z nich komukolwiek tłumaczyć ani z nich rozliczać. Nie ma pomocy bliskch, którzy zostali w Polsce, ale też nikt na co dzień nie ma za bardzo okazji, by w nasze życie ingerować i realnie na nie wpływać. Odległość pozwala się zdystansować i żyć takim życiem, jakie się nam podoba.

8. Doceniłam Polskę

Tak to już jest, że w życiu najbardziej doceniamy to, co tracimy. I nie chodzi tylko o tęsknotę za ludźmi i  wieloma elementami życia codziennego. Ani o to, że nagle stwierdziłam bezkrytycznie, że Polska to taki wspaniały kraj.

Żyjąc w Polsce, podobnie jak większość Polaków, miałam poczucie, że w innych krajach żyje się dużo lepiej, np. we Francji. Wydawało mi się, że na tzw. Zachodzie wszystko jest prostsze, nie ma absurdalnej biurokracji, jest lepszy rynek pracy, a ludzie żyją na godnym poziomie. A potem przeprowadziłam się do Francji i… zgłupiałam.

Najpierw wydawało mi się, że pewnie czegoś nie rozumiem, ale francuska biurokracja szybko pozbawiła mnie złudzeń. Zobaczyłam brudne paryskie ulice, szczury pod Luwrem i obozy imigrantów na przedmieściach. Zobaczyłam, jak skomplikowaną sprawą jest wynajęcie mieszkania, założenie konta w banku czy wzięcie mebli na raty. Od asystentki w urzędzie pracy usłyszałam, że francuski rynek jest obecnie bardzo trudny. Poza tym odwiedzałam regularnie Polskę i widziałam, jak bliscy i znajomi budują domy, spełniają się w pracy i podróżują po świecie. Mówili, że są szczęśliwi.

Żyjąc w Polsce jakoś szczególnie nie zastanawiałam się nad bogactwem kulturowym i krajobrazowym ojczyzny, w takim sensie, ile ma np. do zaoferowania cudzoziemcom. I przyszedł dzień, kiedy na kursie języka francuskiego zostałam poproszona o przygotowanie prezentacji o Polsce. Matko, jaka ja byłam dumna, opowiadając o polskich górach, Mazurach, Krakowie, Wieliczce, o tradycjach świątecznych i specjałach kuchni! Szczerze mówiąc samą siebie zaskoczyłam tym entuzjazmem i nostalgią w głosie, gdy o tym wszystkim opowiadałam.

Cieszyłam się też niesamowicie, gdy dzięki naszym opowieściom znajomi z pracy mojego męża postanowili odwiedzić Kraków. Byli tak zachwyceni, że na jednej wycieczce nie poprzestali, a teraz wybiera się tam ich syn z narzeczoną.

9. Blog

Co tu dużo mówić! Gdyby nie emigracja, pewnie pracowałabym dalej jako dziennikarka, ale niekoniecznie założyłabym własnego bloga. I nigdy nie poznałabym tylu fantastycznych dziewczyn, które do mnie piszą, komentują lub też blogują. Z kilkoma miałam okazję się poznać i spotkać osobiście. Te spotkania zawsze mnie zaskakują, zawsze na plus. Czasami nie znamy nawet dobrze swoich twarzy, a potem nagadać się nie możemy przez kilka dobrych godzin.

Magia blogowania po raz kolejny i w sposób szczególny zachwyciła mnie po przeprowadzce do Lyonu. Tuż po przyjeździe odezwała się do mnie Magda, która niegdyś prowadziła jeden z moich ulubionych blogów. Czytając jej teksty po prostu czułam, że nadajemy na tych samych falach, jesteśmy nawet w tym samym wieku. Niestety mieszkała daleko i raczej nie było szans na spotkanie. Życie sprawiło, że dziś mieszkamy w tym samym mieście. Nie miałyśmy problemu, żeby odnaleźć się w tłumie, a spotkanie mogłoby nie mieć końca. W przyszłym tygodniu znowu się widzimy 🙂 Nie byłoby to możliwe, gdyby nie moc bloga.

Każda reakcja z Waszej strony, każdy komentarz, mejl, wiadomość to dla mnie ogromna radość! To nie tylko fizyczny znak, o którym za chwilę się zapomina. Blog łączy nas niewidzialnymi nitkami, którymi płyną nie tylko informacje, ale emocje i pozytywna energia. Jestem za nie ogromnie wdzięczna.

10. Przyjaciele

Nigdy nie pomyślałabym, że emigracja podaruje mi tak pięknych przyjaciół, że stworzymy paczkę ludzi, którzy się tak lubią, świetnie ze sobą czują i dbają o kontakt nawet teraz, gdy oni wrócili już do Polski. Że wszystko zacznie się od niepozornego kursu. Że będę prowadzić świetne życie towarzyskie. Że spotkam takie dziewczyny, które będą mnie rozumiały w pół słowa, a w najtrudniejszym momencie emigracji dadzą mi największe wsparcie. Że pojedziemy razem do Etretat, będziemy świadkami swoich ślubów, narodzin dzieci i powrotów do Polski.

O tej niezwykłej polsko-polskiej przyjaźni pisałam już kiedyś, ale gdy pomyślę sobie o tym, że za miesiąc spotkamy się znowu wszyscy razem w Lyonie, to ciągle nadziwić się nie mogę, że to wszystko się nam przytrafiło. I trwa nadal. Pomimo odległości i krótszych bądź dłuższych okresów milczenia.

11. Małżeństwo i codzienność we dwoje

Być może od tego powinnam była zacząć. Ale celowo zostawiłam na koniec. Od tego wszystko się zaczęło. Przyjechałam do Francji za miłością. Bo życie na Skype to nie życie, a tęsknota wcale nie jest romantyczna. Za chwilę wybije nam pierwsza rocznica ślubu… Niesamowite… Obchodzimy właściwie każdą naszą miesięcznicę,  bo chcemy w ten sposób docenić naszą codzienność we dwoje, która przeszła milion prób i trudności, w tym wspólną emigrację. Tyle samo pewnie przed nami, ale nie zamieniłabym tego ani na życie w pojedynkę w Polsce, ani na życie na Skypie, ani na nic innego na świecie.

A co Wam dała emigracja?

*******************************************Witaj!********************************************

Cieszę się bardzo, że odwiedziłe(a)ś mój blog!

Napracowałam się przy tym tekście, więc będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz jakiś ślad swojej obecności: komentarz, like lub udostępnisz dalej znajomym, którym może się ten artykuł spodobać.

Dla Ciebie to tylko sekunda, a dla mnie sygnał, że moja praca miała sens!

Dziękuję! <3

4 comments
5 likes

Related posts

Komentarze

  • Magdalena

    14 czerwca 2019 at 22:37
    Reply

    Wiele Twoich spostrzeżeń podzielam, jednak mój bagaż doświadczeń, z którymi opuszczałam ojczyznę i okoliczności w jakich ją opuszczałam, spowodowały że do wielu kwestii mam zupełnie […] Read MoreWiele Twoich spostrzeżeń podzielam, jednak mój bagaż doświadczeń, z którymi opuszczałam ojczyznę i okoliczności w jakich ją opuszczałam, spowodowały że do wielu kwestii mam zupełnie inne podejście... O tym co warto zobaczyć w ojczyźnie mogłam zawsze odpowiadać bez zastanowienia, nawet o tym co można zobaczyć w zadupiu, z którego pochodzę, bo znam tam każdy kamień, każdą legendę i każdą ścieżkę. Uwielbiałam i doceniałam piękno ojczyzny od małego. Ale to jest jedyna rzecz, którą cenię w tym kraju... Zawsze marzyłam, by stamtąd uciec, dlatego nigdy nie chciałam tam wracać. Na obczyźnie wreszcie poczułam się wolna i szczęśliwa, a mimo niekończących się trudności nigdy nie zwątpiłam ani w swoją decyzję o wyjeździe, ani w siebie. Wątpić w siebie zaczynam teraz, ale nie z powodu emigracji, tylko zdrowia dziecka... No i właśnie dzieci... Ja byłam matką trójki dzieci, żoną po raz drugi, a emigracja była ostatnią deską ratunku przed ...biedą. Tam pracowałam 14 lat za biurkiem, tu zasuwam fizycznie. Tam nie miałam co jeść ani gdzie mieszkać, byłam nikim, mimo że pracowałam uczciwie przez 14 lat. Tu mam 200 metrową chatę z ogrodem, nowe auto i pełną lodówkę, a ludzie traktują mnie jak człowieka, doceniają to co robię, jeśli robię to dobrze. Nikogo nie obchodzi, jak się ubieram, w co wierzę, z kim się zadaję - mogę być sobą. Tylko od "naszych" trzymam się jak najdalej z dala, bo widocznie nie mam szczęścia do rodaków... ;-) Read Less

    • Monika
      to Magdalena

      15 czerwca 2019 at 12:35
      Reply

      Bardzo Ci dziękuję za ten komentarz! Pozwala spojrzeć na emigrację z zupełnie innej perspektywy, której ja w dużej mierze nie znam. Na pewno moje życie […] Read MoreBardzo Ci dziękuję za ten komentarz! Pozwala spojrzeć na emigrację z zupełnie innej perspektywy, której ja w dużej mierze nie znam. Na pewno moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej, gdybym miała dzieci. W Polsce też nigdy nie zaznałam biedy i realizowałam się zawodowo. I jest dokładnie tak jak piszesz - wszystko zależy od okoliczności i powodów, dla których opuszcza się ojczyznę. Bardzo się cieszę, że emigracja przyniosła Ci dobre, szczęśliwe życie. Trzymam kciuki za zdrowie Twojego dziecka i życzę Ci dużo siły, choć patrząc na to, co napisałaś, widać, ze jesteś silną i dzielną kobietą. ;) Pozdrawiam serdecznie :) Read Less

  • Sylwia

    8 czerwca 2019 at 12:20
    Reply

    Znowu swietny artykul, z ktorym utozsamiam sie w duzym stopniu. Dziekuje Ci Moniko, moglabym Cie czytac godzinami :) Jezeli pewnego dnia bedziesz w okolicy la […] Read MoreZnowu swietny artykul, z ktorym utozsamiam sie w duzym stopniu. Dziekuje Ci Moniko, moglabym Cie czytac godzinami :) Jezeli pewnego dnia bedziesz w okolicy la Chapelle en Serval (60) to daj znac, mam pokoj goscinny, ktory chetnie Ci udostepnie. Apéritif i grilla tez sie zorganizuje ;)) Pozdrawiam serdecznie, Sylwia Read Less

    • Monika
      to Sylwia

      11 czerwca 2019 at 18:39
      Reply

      Sylwia, bardzo się cieszę i Ci dziekuję! :) Niezwykle mi miło! Aperitif i grill jako tło do rozmów o życiu i emigracji - brzmi jak […] Read MoreSylwia, bardzo się cieszę i Ci dziekuję! :) Niezwykle mi miło! Aperitif i grill jako tło do rozmów o życiu i emigracji - brzmi jak marzenie ;) Będę pamiętać! Dziękuję i serdecznie ściskam!:) Read Less

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

O mnie

Paryż miałam w planach co najwyżej na… emeryturę. Ale życie uwielbia płatać figle. Przyjechałam do Paryża z miłości do mężczyzny, a zostałam z miłości do tego kraju. Dziś witam Was na moim lyońskim balkonie, przy stoliku oplecionym zapachem lawendy i z filiżanką aromatycznej kawy w dłoni. To moja prywatna café. Moje codzienne radości i smutki, zachwyty i zmagania z życiem na emigracji, roztrząsane przy małej czarnej. Zapraszam Was w (nie)codzienną podróż po Francji, podczas której Paryż będzie tylko jednym z przystanków.
Czytaj dalej

Listy z Francji

Chcesz otrzymywać listy z Francji? Wpisz poniżej swój adres email, zapisz się do newslettera.

Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty
ad