Mougins – miasteczko z duszą, czyli o tym, dlaczego kocham spontaniczne podróże

Do Mougins trafiliśmy właściwie przez przypadek, ale ja nie wierzę z przypadki. Była niedziela i szukaliśmy w pobliżu Grasse jakiegoś kościółka. Padło na Mougins, miasteczko oddalone zaledwie 15 minut drogi od naszego wynajętego domku. Kiedy podjeżdżaliśmy pod wysoką górę, na której znajduje się ta niezwykła miejscowość, moje oczy robiły się coraz większe z zachwytu i zdumienia. Ale najlepsze dopiero było przed nami. Zapraszam Was na spacer po miejscu, które skradło moje serce podczas naszej ostatniej podróży na Lazurowe Wybrzeże.

Z podróżami na południe Francji zawsze mam ten sam problem. Ogrom wrażeń, zachwytów i piękno miejsc, które wręcz onieśmiela, wydają mi się niemożliwe do opisania. Kiedy przejrzałam już większość zdjęć i zapisków z naszej ostatniej podróży na południe Francji, usiadłam i stwierdziłam, że nie mam pojęcia od czego zacząć. Z drugiej strony bardzo, ale to bardzo nie chciałabym, aby to wszystko niezmaterializowane ulotniło się z biegiem czasu w przestrzeni codzienności, zniknęło gdzieś pomiędzy myciem podług, pracą, gotowaniem obiadów i kolejną podróżą. I wtedy natchnęło mnie, że zacznę od Mougins – miasteczka, które było jednym z moich największych odkryć i zachwytów tej podróży.

Jak już wspominałam, trafiliśmy tam przez przypadek, więc nie wiedziałam o tym miejscu zupełnie nic. I to jest właśnie magia podróżowania. Magia spontaniczności. Podróżujemy zawsze z mapą, ale rzadko z przewodnikami pod pachą. I właśnie wtedy jest najciekawiej.

Kiedy dotarliśmy na parking położony u bram miasteczka, naszym oczom ukazał się nieprawdopodobny widok na okolicę, wzgórza, winnice, pola uprawne i wysokie szczyty gór na dalekim horyzoncie. Parking z takim widokiem to jest coś! – wykrzyknęłam zachwycona do Muszkietera. Ale to był dopiero początek. Z parkingu do miasteczka wjeżdża się windą z przeszklonymi drzwiami, przez które można podziwiać coraz piękniejszą panoramę. Wyszliśmy z windy i zaniemówiliśmy. Znajdowaliśmy się na tarasie, z którego można było podziwiać jeden z najpiękniejszych widoków!

Stąd pięliśmy się dalej uliczką ku centrum miasta, gdzie naszym oczom ukazał się uroczy plac z tarasami kawiarni i restauracji, ozdobne fasady niskich kamiennych domków i obrazy ustawione na sztalugach przed galeriami artystów.

Z placu rozchodziło się kilka uliczek prowadzących do zacisznych i jeszcze piękniejszych zakątków miasteczka, w których artystyczny duch unosił się w powietrzu! Bywałam w różnych francuskich miastach, okrzykniętych enklawami artystów, ale tylu galerii, butików z rękodziełem i pracowni artystów naraz nie widziałam jeszcze nigdy. Miasteczko jest małe, ciche, pomimo, że spotykaliśmy tam sporo turystów i przechodniów. Miałam wrażenie, że każdy jest tak zatopiony w zachwycie i atmosferze tego miejsca, że przemyka niespiesznie i bezgłośnie obok malarzy pogrążonych w wenie twórczej i kotów oraz psów wylegujących się pośrodku ciasnych uliczek.

To nieprawdopodobne z jaką dbałością Francuzi potrafią utrzymać takie miasteczka i podkreślić jego walory. Każda fasada domu, każdy szyld, ozdoba i kwiatek w doniczce są ze sobą spójne i tworzą tu niesamowity efekt. Mam na myśli oczywiście małe, prowincjonalne miasteczka, bo taki Paryż czy Nicea to już zupełnie inna historia.

Tutaj wszystko ze sobą współgrało w całkowitej harmonii! Każdy element miasta. Ale w sumie nie ma co się dziwić – Mougins to prawdziwe miasto artystów. Tutaj, jak się później dowiedziałam, spędził swoje ostatnie 12 lat życia sam Picasso. Miasto z prawdziwą duszą, pełne piękna, inspiracji i natchnień. Sztuka dosłownie wychodzi tu na ulice. Przed galeriami artyści umieszczają obrazy, stoją stoliki z wyrobami rękodzielniczymi, wiszą półki z figurkami i wieszaki na haftowane tkaniny. Po ścianach pnie się bluszcz i kolorowe girlandy. W zacisznych zaułkach stoją ławeczki z poduchami i krzesełka. W nieoczywistych miejscach można natknąć się na tabliczki z cytatami i ozdobne figurki świętych.

Największą przyjemność i nieopisaną frajdę sprawiało mi zaglądanie przez otwarte drzwi i okna do atelier artystów i podglądanie ich podczas pracy, zatopionych całkowicie w procesie twórczym. Chyba rzeczywiście twórczość pochodzi z innego wymiaru, skoro nie rozpraszają ich dziesiątki gapiów każdego dnia. W mojej pamięci szczególnie utkwił mi obraz brodatego malarza, który tworzył swoje nowe dzieło słuchając Stinga. Nie znam się szczególnie na sztuce i odbieram ją bardzo subiektywnie, filtruję przez swoje doświadczenia i własną wrażliwość, bardzo często daleko mi do zrozumienia tej współczesnej, ale w Mougins doznałam olśnienia, że wszystko mi się podoba, a bynajmniej wszystko wzbudzało moje ogromne zainteresowanie. W kilku obrazach się zakochałam, szczególnie tych z prowansalskim klimatem, ale nie tylko. Zachwyciła nas też kolekcja atelier Martins Lovers, której bohaterami jest para zakochanych… Muszę przyznać, że to jest niezwykle romantyczne miejsce, w sam raz na podróż poślubną…

A co z kościołem? Oczywiście znaleźliśmy go bardzo szybko, Mougins jest naprawdę malutkie. Okazało się, że to typowa, prowansalska kapliczka Notre Dame de Vie, z kamienną fasadą i dzwonnicą na wieży. W środku okazała się jednak inna niż te, które dotąd widziałam. Moją uwagę zwróciły malowidła umieszczone po bokach organów, a także piękny ołtarz boczny poświęcony Matce Boskiej. Tego dnia odbywał się tam koncert muzyki operowej, zgromadziło się już trochę osób, które niestety robiły sporo hałasu, więc okoliczności nie sprzyjały modlitwie. Ale nie zmienia to faktu, że wybór Mougins był strzałem w dziesiątkę.

Przeglądając po powrocie Internet w poszukiwaniu informacji o tym mieście, natknęłam się na opinię, że nie ma tam zbyt wielu atrakcji i można spokojnie je pominąć na trasie podróży. Że to miasto milionerów, luksusowych restauracji i miłośników Picassa. Uśmiechnęłam się w duchu, myśląc, że całe szczęści, że nie przeczytałam tego wcześniej – po takiej rekomendacji na pewno bym zrezygnowała z odwiedzenia Mougins.

Podróże, jak nic innego w moim życiu, nauczyły mnie samodzielnego myślenia i podążania za własną intuicją. Dzięki temu trafiam w miejsca, w których znajduję coś dla siebie, które mnie zachwycają i inspirują. Dlatego nigdy nie podążam krok w krok za przewodnikiem.
To, co podoba się innym, nie musi podobać się mnie, i na odwrót.
Życie jest za krótkie, by tracić czas na coś, co nie jest dla mnie.
Jest tyle pięknych miejsc, wartych odkrycia…

0 comments
15 likes

Related posts

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

O mnie

Paryż miałam w planach co najwyżej na… emeryturę. Ale życie uwielbia płatać figle. Przyjechałam do Paryża z miłości do mężczyzny, a zostałam z miłości do tego kraju. Dziś witam Was na moim lyońskim balkonie, przy stoliku oplecionym zapachem lawendy i z filiżanką aromatycznej kawy w dłoni. To moja prywatna café. Moje codzienne radości i smutki, zachwyty i zmagania z życiem na emigracji, roztrząsane przy małej czarnej. Zapraszam Was w (nie)codzienną podróż po Francji, podczas której Paryż będzie tylko jednym z przystanków.
Czytaj dalej

Listy z Francji

Chcesz otrzymywać listy z Francji? Wpisz poniżej swój adres email, zapisz się do newslettera.

Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty
ad