NIEzwykła podróż…

Ta podróż była niezwykła. Ale przecież nie ma zwykłych podróży.
Dla mnie miała kilka wymiarów.
Była szczególna, choć miano „poślubnej” to tylko etykietka, która niewiele mówi i wyjaśnia.
Powróciłam do kilku miejsc, do których chciałam wrócić. Nasycić się jeszcze raz… Zweryfikować, sprawdzić, eksplorować, spojrzeć z jeszcze innej perspektywy.
Południe Francji mnie nieustannie i niezmiennie zachwyca. Czaruje.
Zawładnęło moim sercem po raz kolejny.
I być może ktoś zapyta: znowu Południe? Znowu ta Francja? Czemu nie Bali? Madagaskar? Dominikana? W końcu to podróż poślubna!
Ja odpowiem tylko, że mieliśmy wystarczająco dużo powodów, by najpierw wybrać się właśnie tam.

Ponad 3000 przejechanych kilometrów.
Dziesiątki uroczych miast i miasteczek, w których błąkają się kręte uliczki, biją dzwony średniowiecznych kościółków, szumią ukryte w zaułkach fontanny i mieszają się oszałamiające zapachy kwiatów w kolorowych doniczkach, mydeł i perfum ze sklepików oraz kawy z urokliwych tarasów restauracji.
Kilkanaście nocy i poranków, które zapowiadały przygodę.
Setki kilometrów pejzażu, który chciało się chłonąć i zapamiętać na zawsze.

3 noce spędzone w aucie.
Świt na wysokości 1912 m n.p.m. góry Mont Ventoux, szalejący we włosach i uszach wiatr oraz zapierający dech w piersiach widok wyłaniającego się zza zamglonych gór słońca.

Poranek w aucie z widokiem na morze i krzyczące ponad palmami mewy.
Obłędny koncert cykad, dzikie, piękne i egzotyczne lasy, niezwykłe kolorowe motyle oraz najbardziej krystalicznie czysta woda, jaką w życiu widziałam, na wyspie Porquerolles.

Pokaz fajerwerków i… szczury w Cannes.
Nasza uroczysta kolacja „poślubna” w najbardziej wytwornej restauracji, w jakiej w życiu byłam, na wzgórzu miasteczka Gassin.
Smak ratatouille, przyrządzony przez naszych gospodarzy.
Najprzyjemniejsze w moim życiu zakupy na targu prowansalskim, na który natknęliśmy się przypadkiem, a który pachniał obłędnie lawendą, ziołami, oliwkami, świeżym pieczywem i zachwycał rękodziełami artystów.

Ponowna wizyta w Grasse, za którym tak tęskniłam i do którego chciałam wrócić, i wałęsanie się po perfumeriach i sklepikach pachnących lawendą, werbeną, jaśminem, piwonią, różami…
Wieczór w porcie Saint Tropez i karmienie oczu okazałością, pięknem i wytwornością jachtów, które za każdym razem zachwycają moją próżną część kobiecej duszy.
Aperitif na wietrznym tarasie nadmorskiej restauracji, z chłodnym piaskiem pod stopami i widokiem na pełnię księżyca odbijającą się w tafli wody.
Ciągnące się kilometrami winnice i piękno bujnej roślinności prowansalskich pól i lasów. Pola lawendowe, gaje oliwne i majestat gór na horyzoncie.
Poranek w małym, budzącym się dopiero ze snu, uroczym miasteczku Sault, pachnącym lawendą, pełnym uśmiechniętych mieszkańców oraz smak kawy i ciepłego croissanta na tarasie miejscowej kawiarni.

Mougins – moja nowa miłość i największe odkrycie tej podróży! Miasteczko perełka utkane z wąskich uliczek i przepięknych małych galerii, ozdobionych obrazami i rękodziełami artystów, których można tu spotkać na każdym kroku, podejrzeć podczas pracy w atelier i pogłaskać ich psy lub koty, których tu mnóstwo!

Powrót do miejsc, do których chciałam jeszcze wrócić, jeszcze się nasycić..
Kolejna wizyta w Lyonie i Msza św. w najpiękniejszej bazylice, jaką w życiu widziałam, ofiarowanej Matce Boskiej, usytuowanej na wzgórzu Fourviere, które góruje nad miastem. Moja druga szansa, jaką dałam Lyonowi, która zaowocowała prawdziwym zachwytem.
Kapliczka Aniołów pośrodku niczego, na którą natknęliśmy się przypadkiem w górach.
Chwila zadumy, ale i smutku nad zarośniętym kompletnie i zapomnianym najwidoczniej nagrobkiem Alberta Camusa w miasteczku Lourmarin, w którym mieszkał.
Cisza i rześkość poranków oraz tańczące na drzewach wiewiórki tuż przy tarasie naszego wynajętego domku.
Białe płatki kwiatów, które znajdowałam codziennie rano na suszących się ręcznikach.
Pierwszy wrześniowy delikatny deszcz w dniu naszego wyjazdu.
Rejs statkiem. Szukanie kamieni i muszli. Kołysanie się na wodzie i patrzenie w lazur nieba. Suszenie ziół w pamiętniku. Studiowanie mapy na wielkim tarasie naszego domku. Sterta wypadających co rusz książek i przewodników spod mojego siedzenia. Szum fal. Sól we włosach. Smak zimnego wina rose.
Nieprzyzwoita ilość zjedzonego makaronu i pizzy. Rozpieszczanie podniebienia, próbowanie lokalnych specjałów, kosztowanie wina w rodzinnej winnicy, olewanie kalorii, maraton po restauracjach, odpuszczanie sobie i przyjemne dolce vita.
Szampan na plaży w ostatni wieczór…

Niezliczone zachwyty i okrzyki radości. Błogość i cicha radość doświadczania. Wdzięczność.
I znowu to cudowne poczucie, że marzenia się spełniają, a historia zatoczyła koło…
Tym razem byliśmy tu już jako mąż i żona.
Ta podróż na zawsze pozostanie w moim sercu. Była jak pyszny tort, którego kolejnym kawałkiem był każdy następny dzień. Przywiozłam z niej moc obrazów, smaków, zapachów i doświadczeń, które pozostaną ze mną i z nami już na zawsze.

Jednocześnie ta podróż zakończyła pewien etap w moim życiu, w którym zabrakło czasu i energii na pisanie tego bloga (pisałam o tym więcej na Facebooku).
Szczerze przyznam, że dopiero dziś widzę, jak mi tego brakowało.
Z pewnością będę tu do Was wracać (cieszę się niezmiernie, że tu nadal jesteście i dziękuje za wszystkie wiadomości!!! <3). Chętnie podzielę się kawałkami tego smakowitego tortu i nie tylko, bo jak się zapewne domyślacie - przez te ostatnie pół roku odbyłam także sporo innych, krótszych, ale nie mniej ekscytujących, podróży. Tęskniłam! Do usłyszenia! 🙂

0 comments
0 likes

Related posts

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

O mnie

Paryż miałam w planach co najwyżej na… emeryturę. Ale życie uwielbia płatać figle. Przyjechałam do Paryża z miłości do mężczyzny, a zostałam z miłości do tego kraju. Dziś witam Was na moim lyońskim balkonie, przy stoliku oplecionym zapachem lawendy i z filiżanką aromatycznej kawy w dłoni. To moja prywatna café. Moje codzienne radości i smutki, zachwyty i zmagania z życiem na emigracji, roztrząsane przy małej czarnej. Zapraszam Was w (nie)codzienną podróż po Francji, podczas której Paryż będzie tylko jednym z przystanków.
Czytaj dalej

Listy z Francji

Zapisz się na newsletter Emigrantki

Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty