Powrót z wakacji – ból czy ulga?

W lipcu i sierpniu przewinęło się przez nasze mieszkanie w sumie ponad 20 osób. Z noclegami i bez. Przyznaję – padł rekord. Co roku wakacje to dla nas bardzo intensywny czas – dalekie podróże po Francji, wyjazdy do Polski, wizyty rodziny i znajomych, a przy tym też praca, bo nigdy jeszcze nie mieliśmy wspólnie urlopu dłuższego niż dwa tygodnie. Policzyliśmy też przejechane kilometry i padł kolejny rekord – ok. 15 tysięcy! Doprawdy nie wiem, jak my to robimy, ale utwierdzam się w przekonaniu, że taki kierowca jak mój mąż – to musiało być przeznaczenie  😉

Wakacje jak święta!

Wakacje mają dla mnie odświętny charakter. Nie ma miejsca na rutynę, nie ma szans na porządek w domu, nie nadążam z praniem pościeli i ręczników, ale się tym nie przejmuję.

W salonie pachnie lawenda, na balkonie mięta, a w kuchni bazylia dopiero co przywieziona z prowansalskiego targu. Jemy niezdrowe rzeczy, pijemy więcej wina i siedzimy do późna w nocy.

W przedpokoju stoją walizki i czekają na kolejne przepakowanie. W domu więcej polskich, niż francuskich rozmów. Są momenty, dni całe, że totalnie odcinam się od internetów. Nawet gdybym chciała – nie ma na to czasu. Jest kolacja dla gości do przygotowania, rodzina do odwiedzenia, rozmowy do odbycia, polskie śliwki do zjedzenia i muzyka świerszczy do odsłuchania. Na szafce przy łóżku czekają, pachnące świeżą jeszcze farbą drukarską, polskie gazety i książki. Święta, prawdziwe święta!

Pożegnania i powroty

W tym roku urlop spędziłam z moimi rodzicami, którym pokazałam ulubione miejsca wokół Lyonu, a także podróżowaliśmy po Prowansji i Lazurowym Wybrzeżu. To był bardzo intensywny, ale też piękny i barwny czas.

Pożegnanie ich na lotnisku oznaczało dla nas jedno – koniec urlopu, koniec wakacji, powrót do naszego codziennego życia we dwoje. Po raz kolejny przekonałam się, jak bolesny jest widok ukochanych osób, które znikają nagle za bramkami lotniska, za którymi już nie ma odwrotu.

Ich wyjazd okupiłam morzem łez, a przez kolejnych kilka dni nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca w  opustoszałym i cichym domu. Czułam, jak z każdą chwilą ogarnia mnie znana już mi dobrze „emigrancka samotność”.

I jeśli zapytacie mnie, czy ja w tym wakacyjnym szaleństwie mogłam odpocząć, to odpowiem Wam szczerze, że nie – na fizyczny odpoczynek nie miałam najmniejszych szans i myślę, że z tego też trzeba wyciągnąć wnioski na przyszłość. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie, aby w wakacje nie odwiedzić najbliższych, nie zobaczyć Polski, która najpiękniejsza jest latem, i zrezygnować ze spotkań, których ciepło ogrzewa mnie przez kolejne miesiące. Trudno jest złapać balans, a nawet chyba niemożliwym jest. Trzeba sobie po prostu jakoś radzić. Tak mi mówili – pamiętacie?

Powakacyjne kryzysy

Kiedy przeprowadziłam się do Lyonu, myślałam sobie, że w tym roku nie dopadnie mnie powakacyjny kryzys. Że koniec lata nie będzie oznaczał dla mnie uwięzienia w regionie paryskim, codzienności wyznaczonej zatłoczonym metrem, strajkami i żółtymi kamizelkami. Myliłam się. Dopadło mnie, bolało, ale przestało szybciej niż zwykle.

Do tych przemyśleń zainspirowała mnie „kawa z Budzyńską”, znaną powszechnie jako Pani Swojego Czasu (jeśli jakimś cudem nie znacie, to polecam nadrobić), kiedy mówiła o tym, jak wrocić do siebie po wakacjach, jak się zorganizować i ogarnąć rzeczywistość po urlopie.

Pomyślałam sobie wtedy o emigrantkach. Tych wszystkich, które spędzają urlopy w Polsce, wysyłają dzieci na wakacje do Polski albo same przyjmują gości z Polski. Wiem, że jest nas sporo. Wiem, że jest to kocioł emocji – bardzo różnych, bo spotkania z rodziną to nie zawsze tylko „cud, miód i orzeszki”. To oczekiwania najbliższych, intensywny grafik wizyt rodzinnych, odwiedziny, zakupy, załatwianie spraw, wizyty u lekarzy etc.

Są momenty, że człowiek marzy o chwili świętego spokoju. Ale potem wraca do siebie, na emigrację i tęskni za gwarem rodzinnym, znajomymi zapachami i dźwiękami, za bliskością ukochanych osób. Świadomośc rozłąki na kolejnych wiele mięsięcy ciąży bardziej niż jakiekolwiek zmęczenie. Czy Wy też tak macie? Niewyobrażalna amplituda emocji.

I myślę sobie, że nie ma na to sposobu. Nie ma na to sposobu innego, niż  to po prostu przeżyć. Przeboleć. Przeczekać, aż minie. Zaczynam godzić się z tym, że balans w moim emigranckim życiu to raczej pobożne życzenie. Ostatecznie jednak najważniejsza jest intensywność przeżytych chwil i docenianie tego, co jest teraz.

A teraz, po cudownych wakacjach, przyszedł czas na moje lyońskie życie, wywołanie zdjęć z podróży, nowe wyzwania w pracy, szwendanie po Ikea i dalsze wicie naszego gniazda, krótsze dni i dłuższe wieczory filmowe z mężem, rozmowy przy kawie i winie z koleżankami, które wracają z urlopów, odkrywanie Lyonu i całą masę innych zwyczajnych, dobrych rzeczy, które składają się na moje emigranckie życie.

 

A jak to u Was wygląda?  Cieszycie się z końca wakacji, czy wręcz przeciwnie? Dopadają Was powakacyjne kryzysy?

 

 

0 comments
7 likes

Related posts

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

O mnie

Paryż miałam w planach co najwyżej na… emeryturę. Ale życie uwielbia płatać figle. Przyjechałam do Paryża z miłości do mężczyzny, a zostałam z miłości do tego kraju. Dziś witam Was na moim lyońskim balkonie, przy stoliku oplecionym zapachem lawendy i z filiżanką aromatycznej kawy w dłoni. To moja prywatna café. Moje codzienne radości i smutki, zachwyty i zmagania z życiem na emigracji, roztrząsane przy małej czarnej. Zapraszam Was w (nie)codzienną podróż po Francji, podczas której Paryż będzie tylko jednym z przystanków.
Czytaj dalej

Listy z Francji

Chcesz otrzymywać listy z Francji? Wpisz poniżej swój adres email, zapisz się do newslettera.

Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty
ad