Sault – poranek w lawendowym miasteczku

Świt zastał nas na wysokości 1912 m n.p.m, na wierzchołku góry Mont Ventoux. Ale to temat na zupełnie osobną opowieść… Dość powiedzieć, że przewiani i zmarznięci na wskroś, ale jakże szczęśliwi, zmierzaliśmy już stromą drogą powrotną ku prowansalskim dolinom. Ciepłe światło wschodzącego słońca rozświetlało surowe, pozbawione bujnej roślinności tereny u podnóża góry. Im niżej, tym cieplej i bardziej zielono.

Szukaliśmy miejsca, gdzie w cichości poranka moglibyśmy zjeść śniadanie, a raczej to, co zostało w naszej lodówce turystycznej po długiej podróży z Paryża… Zatrzymywaliśmy się w kilku miejscach, ale ciągle było nam tak zimno, że ostatecznie zrezygnowaliśmy ze śniadania w plenerze.

Wylądowaliśmy w malutkim, prowansalskim miasteczku Sault. Malutkim, ale jakże uroczym. W samym sercu pól lawendowych.

Mam ogromną słabość do takich miejsc. Wiem, że powtarzam się ciągle w tym temacie, ale nic mnie tak nie zachwyca tutaj, jak francuska prowincja. To, jak piękne i dopieszczone są miasteczka i wioski. Jak dbają o nie ich mieszkańcy. Jak przywiązuję wagę do detali, do dekoracji witryn sklepowych, do ozdób na domach, kwiatów na parapetach, harmonijnych kolorów okiennic i drzwi. Wyjeżdżając z brudnego i zaśmieconego Paryża czuję, że właśnie w takich miejscach łapię oddech. Jest tak czysto i jasno! Odpoczywam już patrząc jedynie na tę uporządkowaną i świeżą przestrzeń! To prawda, że otoczenie niesamowicie wpływa na nasz nastrój i samopoczucie. Czuję to za każdym razem, gdy opuszczam region Île-de-France. Czasami jest to zwykła potrzeba zmiany miejsca, perspektywy, ale dużo częściej tęsknota za naturą, za spokojem, pięknem przyrody, powolnym życiem małych wiosek i miasteczek.

Sault było jeszcze senne. Miasto dopiero budziło się ze snu. Uwielbiam zwiedzać różne miejsca o tej porze dnia. Patrzeć, jak wygląda poranek ludzi żyjących w różnych zakątkach świata. Po wyjściu z auta uderzył mnie zapach. Cudny zapach kwiatów, a przede wszystkim lawendy! Wiem, że miasto pachnące lawendą brzmi banalnie, ale naprawdę zapach był oszałamiający, pomimo że właśnie kończył się sierpień i okres kwitnienia lawendy już się skończył. Ale znajdowaliśmy się w lawendowym raju – dosłownie i w przenośni. Wokół miasteczka ciągną się kilometrami fioletowe pola. Jak tu musi być pięknie, gdy to wszystko kwitnie!

Kilka metrów od naszego auta zauważyłam bramę wjazdową, którą zdobiły bukiety lawendy falujące na delikatnym wietrze… Nad ulicą trzepotały kolorowe girlandy chorągiewek. Promienie słońca kładły się na kolorowych kamienicach. Było cicho i spokojnie. Po drodze minęliśmy jedynie kilku kolarzy, którzy dzielnie wspinali się na rowerach po drogach prowadzących na górę Mont Ventoux, słynną zresztą z odbywających się tu wyścigów kolarskich.

Ruszyliśmy w poszukiwaniu kawiarni. Marzyła nam się gorąca kawa, toaleta po kilkunastogodzinnej podróży i świeże croissanty na śniadanie.

Piekarnia i kawiarnia to we Francji miejsca, które jako pierwsze otwierają swoje podwoje. Nie trudno było na nie trafić i w Sault. Charakterystyczny brzęk filiżanek i zapach kawy dobiegały z daleka.
Trafiliśmy na mały placyk, gdzie skupiało się wszystko, czego potrzebowaliśmy w tej chwili: piekarnie, taras kawiarniany przy brasserie i sklep z lokalnymi smakołykami.

Z tego miejsca biegła wąska uliczka, która zaprowadziła mnie tuż pod kamienny kościółek i na uroczy plac z cicho szemrzącą fontanną na środku. Tuż obok znajdował się dom mieszkalny z ciekawą fasadą w kształcie wieży. W pięknie udekorowanych oknach zamkniętych jeszcze sklepików z pamiątkami pełno było lawendowych drobiazgów. Drzwi i witryny zdobiła lawenda. Zachwyciło mnie to miejsce! Lawendowe miasteczko! Było tak cicho i pięknie! Słońce zapowiadało piękny dzień.

Kupiliśmy jeszcze ciepłe, chrupiące rogaliki, zamówiliśmy kawę i usiedliśmy na tarasie kawiarni, by nacieszyć oczy urokiem miasteczka. Nie było żadnych turystów. Kilkoro mieszkańców skupiło się przy barowej ladzie i dyskutowało przy małym espresso. Inni zatopili się w lekturze codziennej gazety. Mężczyzna spacerował z psem. Co chwilę ktoś wychodził z sąsiadującej piekarni z bagietką w ręku. Nie muszę chyba dodawać jak pachniało chlebem! Starsza pani odebrała właśnie swoją pocztę i wolnym krokiem wracała do domu. Dwóch mężczyzn siedziało przy stoliku obok, żywo rozmawiając i pozdrawiając każdego przechodnia. Minął nas listonosz i kilka aut świadczących różne usługi. Miasto zaczynało żyć swoim codziennym życiem. Siedzieliśmy zatopieni totalnie w tej chwili i w tym miejscu. Zmęczeni bardzo, ale spokojni i szczęśliwi. Jak ta kawa nam smakowała! To był nasz pierwszy prowansalski poranek w tej podróży. Podróży, która dopiero się zaczęła. Wymarzony początek! Wystawiłam twarz ku słońcu i zamknęłam oczy, by zapamiętać tę chwilę. Tak bardzo pragnęłam tu wrócić. Marzenia się spełniają.

Marzenia trzeba spełniać.

Przed nami był dzień pełen wrażeń i planów do zrealizowania. Dlatego pokrążyliśmy jeszcze chwilę po Sault i pojechaliśmy dalej przed siebie. Ruszyliśmy ku miejscom bardziej znanym, być może dużo ciekawszym z punktu widzenia przyjezdnych i bardziej obleganym przez turystów. I choć nas one również zachwyciły, to tego poranka i śniadania w cichym, pachnącym lawendą miasteczku Sault nie zapomnę do końca życia.

0 comments
1 like

Related posts

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

O mnie

Paryż miałam w planach co najwyżej na… emeryturę. Ale życie uwielbia płatać figle. Przyjechałam do Paryża z miłości do mężczyzny, a zostałam z miłości do tego kraju. Dziś witam Was na moim lyońskim balkonie, przy stoliku oplecionym zapachem lawendy i z filiżanką aromatycznej kawy w dłoni. To moja prywatna café. Moje codzienne radości i smutki, zachwyty i zmagania z życiem na emigracji, roztrząsane przy małej czarnej. Zapraszam Was w (nie)codzienną podróż po Francji, podczas której Paryż będzie tylko jednym z przystanków.
Czytaj dalej

Listy z Francji

Zapisz się na newsletter Emigrantki

Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty