Życie emigrantki w cieniu pandemii

Tego jeszcze nie było. A przecież było wszystko.

Była ekscytacja, był bilet w jedną stronę, obietnica wymarzonego życia.

Były rozterki, tęsknota za rodziną, tęsknota za Polską, za swojskim krajobrazem, pączkami, twarożkiem i słodkimi pomidorami z babcinego ogródka. Była tęsknota za wspólnym biesiadowaniem, możliwością spotkań i spontanicznych wypadów “na kawkę” do taty. Były kawy, urodziny i jubileusze na Skype. Były tysiące godzin przegadanych przez telefon i dziesiątki wizyt krewnych na emigranckiej ziemi. Były dylematy, czy wakacje w Polsce czy we Francji. Gdzie dostać opłatek na Wigilię i barwniki do jajek na Wielkanoc.

Były kryzysy i etapy asymilacji. Był szok kulturowy. Mozolne lata nauki języka. Zmagania z obcym rynkiem pracy. Praca na zmywaku, praca na czarno, praca “na legalu” i upragniona pierwsza umowa. Było mnóstwo pytań o teraz, o przyszłość, o sens bycia daleko, o to czy się żałować nie będzie czy jednak warto płynąć na fali życia, które się wcześniej wybrało.

Było szukanie swojego miejsca i szczęścia na nowo.

Zmiany miast, mieszkań, ulic, sąsiadów. Nowe znajomości i przyjaźnie. Miłość spełniona, zaręczyny i śluby na tle Wieży Eiffla. Były też związki, które nie przetrwały i rozwody, których żadna z nas nie planowała. Macierzyństwo z dala od mamy i rodzinnego kręgu wsparcia. Trudne początki naszych dzieci w obcojęzycznym kraju i zadania domowe, nad którymi same łamiemy głowy. Były podróże marzeń i weekendy, których końca się nie chciało. Spełnione plany i marzenia, ale też domki z krat, które nagle się sypały.

Były łzy szczęścia i spełnienia, łzy powitań i pożegnań, łzy wzruszenia i smutku w najmniej oczekiwanych momentach, zachwyty nad codziennością, która nagle stała się naszą i duma z pokonywania samego siebie. Były łzy rozczarowań, lęku, niepewności i smutku. Była walka o siebie i poczucie własnej wartości. O swoje miejsce, swoją godność, błysk szczęścia w oku i ten spokój, który pozwala Ci wieczorem zapadać w głęboki sen.

Myślałyśmy, że było już wszystko. Że każda z nas zna tę historię. Że dzielimy podobny los. Że kiedy jedna emigrantka zaczyna mówić, druga powtarza co chwilę “ja też tak miałam”. Można się było poradzić, zapytać, dodać otuchy. Przytulić i uśmiechnąć ze zrozumieniem. Mieć poczucie, że to już było, że można to przeżyć, przetrwać i iść do przodu.

Ale TEGO jeszcze nie było.

Emigracja w cieniu pandemii

Dziś nie wiemy NIC. Przyszła zaraza. Nie wiemy, jak to przeżyć. Nie wiemy, czy my i nasi bliscy ją przeżyją. Nie wiemy, kogo dotknie, kogo zabierze. Absolutnie wszystko jest dziś możliwe. Każdy scenariusz.

Czujemy się odcięte od naszych rodzin bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Czujemy strach o ich zdrowie i życie większy niż kiedykolwiek wcześniej. Ba! Czujemy ogrom odpowiedzialności, jaka spoczywa w naszych decyzjach o tym, czy zostać tu – za granicą, czy jednak dołączyć do nich, mając świadomość, że TYM RAZEM TO MY SAMI NARAŻAMY ICH ŻYCIE I ZDROWIE na niebezpieczeństwo.

Statystyki Polaków – emigrantów, którzy wyjechali do Polski na “koronawakacje” są przerażające. Pytania na grupach o to, czy będzie trzeba przechodzić po raz drugi kwarantannę,  jak się wróci teraz do Francji, a potem znowu wyjedzie na Święta do Polski – są nie na moje nerwy. Przypuszczam jednak, że przez głowę każdej z nas przemknęła myśl, czy nie jechać teraz do Polski, a wraz z nią tysiąc pytań: czy za jakiś czas nie zamkną całkiem granic? Kiedy znowu zobaczę bliskich? Czy to będzie w ogóle możliwe? Co będzie, jeśli ktoś z nich zachoruje albo stanie się najgorsze…? Mniej samej, kiedy to piszę, oczy zachodzą mgłą…

Przyzwyczaiłyśmy się do otwartych granic i bycia obywatelkami świata, a nie poszczególnych krajów. Żyjemy “pomiędzy” już od dawna. Przyzwyczaiłyśmy się do tanich linii lotniczych, możliwości wyjechania do Polski tak naprawdę w każdej chwili. Pamiętam, że kiedy wyjeżdżałam i kiedy bardzo tęskniłam w pierwszych latach emigracji, powtarzałam sobie – przecież zawsze możesz wsiąść w samolot i polecieć – choćby na weekend. Teraz, kiedy ta MOŻLIWOŚĆ staje pod znakiem zapytania, nasza wyobraźnia pracuje mocniej, nie daje nam spokoju. Nie wspominając już o tych z nas, które miały zaplanowane loty, wakacje w Polsce, uroczystości rodzinne… O tym trzeba po prostu zapomnieć. Pytanie jednak, “kiedy znowu się zobaczymy?”, pozostaje wielką niewiadomą i wywołuje ścisk żołądka…

Wirus sprawił, że my emigrantki musimy zadać sobie pewne pytania na nowo. Świat zmienił się z dnia na dzień. Nasze życie i możliwości również. Weryfikuje to, co niestabilne, niepewne, ale i moralnie wątpliwe. Co zrobią te z nas, które pracują tylko na czarno, które nie mają ubezpieczenia i szans na darmową opiekę zdrowotną? Czy ten rynek ma prawo dalej istnieć? Czy te osoby mają prawo wracać teraz do kraju, narażać innych, a przede wszystkim swoich bliskich, i obciążać polski system zdrowia? Czy mamy prawo w imię własnego egoizmu i “wolności wyborów” oraz otwartych granic, do których się przyzwyczailiśmy, doprowadzać do takiej sytuacji?  Niech każda z nas zapyta o to swoje własne sumienie.

Tęsknię czy boję się?

Zmieniła się nawet tęsknota, rutyna. Każdy dzień zaczynam od telefonu do mojej mamy. Dopiero, gdy upewnię się, że wszystko tam w porządku, ruszam do swoich codziennych zadań. Tęsknię i boję się, choć momentami nie wiem, co bardziej. Boję się, boimy, bo nie możemy nic zrobić. Możemy jedynie i aż zostać w domu. Boimy się, że może nas zabraknąć. Przy naszych rodzicach, dziadkach, przyjaciołach… Boimy się w końcu o samych siebie, swoje rodziny tu na emigracji. Czy będziemy zdrowi, czy w razie czego damy radę językowo, czy służba zdrowia da radę…

Powiedziałabym, że boimy się podwójnie. Boimy się zarówno o Polskę, jak i kraj, który wybraliśmy do życia. Oglądamy wiadomości i z Polski, i z zagranicy. Obserwujemy i analizujemy sytuację. Porównujemy, kto szybciej, kto wolniej, kto ma jakie zasoby, jak zachowuje się społeczeństwo…

Boimy się o naszą pracę i przyszłość. Jak wiele z nas przyjechało tu właśnie “za chlebem”, za lepszym życiem? Dziś nic nie jest pewne, gospodarka chwieje się na naszych oczach. Nie wiadomo, co będzie “PO”.  Nie wiadomo, czy i który kraj wyjdzie z tego obronną ręką? Nie wiadomo, czy przetrwają nasze firmy, czy dostaniemy wypłaty za dwa, trzy miesiące. Czy nie trzeba się będzie przebranżowić, pójść na studia, zmienić pracę. A może wrócić do Polski?

Fot. Sławomir Janicki ARTJANI

Fot. Sławomir Janicki ARTJANI

Wirus nas obnażył

Obnażył twórców internetowych, którzy nagle nie mają nic ciekawego do powiedzenia. Albo wymyślają naprędce nic nie wnoszące treści i kursy online typu  “jak zabić czas”? albo co gorsza robią z siebie specjalistów od wirusa, podczas gdy nawet lekarze, największe autorytety tych czasów zarazy, unikają stawiania kategorycznych tez i mówią, że nic nie jest dziś pewne. Osobiście od tygodnia uskuteczniam “porządki” na instagramie, zastanawiając się, ile czasu na skrolowanie tych słabych treści zmarnowałam.

Ale to ma też swoją dobrą stronę. Jestem pewna, że wiele z nas zadaje sobie teraz różne pytania. Dużo mniej trywialne niż kiedykolwiek. Każda z nas ma szansę myśleć samodzielnie i wypracować swój własny sposób: na spokój głowy, na przetrwanie tego trudnego czasu, na bliskość z rodziną “pomimo”…. Trudno dziś przechodzić obojętnie obok pytań o to, co najważniejsze. O to, co dalej, O to, co zrobimy, gdy ten koszmarny czas się skończy. Gdy wyjdziemy z domów. I może się okazać, że szkoda nam czasu na pewne rzeczy.  Na życie “bez życia”. A wtedy może się okazać, że czas wracać do Polski, albo wręcz przeciwnie –  że czas wylewać fundamenty pod ten nasz emigrancki dom.

Czy zdamy ten egzamin?

Dziś mam wrażenie, że zdajemy egzamin na naszą polskość i francuskość (niemieckość, belgijskość… odpowiednie wpisać), na naszą emigranckość. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej jesteśmy dziś po prostu obywatelkami świata. Ale największy test przechodzą dziś wszyscy z człowieczeństwa i poczucia odpowiedzialności – za drugiego człowieka, za bliskich, za obcych, za wspólnoty i społeczeństwa, w których żyją i nie żyją. Po raz pierwszy doszło do sytuacji, w której nasza decyzja o wyjeździe do Polski ma realny wpływ na zdrowie i życie naszych ukochanych bliskich, ale też dziesiątek, setek innych, nieznanych nam ludzi, których możemy narazić na niebezpieczeństwo zarażenia wirusem. Ba, nie musimy daleko wyjeżdżać – wystarczy nasze wyjście z domu. Dlatego jako emigrantka, obywatelka Polski i Francji, obywatelka świata, a przede wszystkim jako człowiek, kochająca córka, wnuczka, siostra, kuzynka, przyjaciółka – zostaję. 13. dzień w domu. I jeszcze tyle, ile będzie trzeba.

Ty też zostań! Zrób to dla siebie i innych – tych tutaj, i tych, którzy zostali w Polsce. I dla tych, którzy walczą dzień i noc, by nasze życie wróciło do normy, byśmy mogli jak najszybciej przytulić wszystkich tych, których kochamy – niezależnie od tego, gdzie oni dzisiaj są. Zostań w domu. Po prostu.

Dużo siły i zdrowia kochane emigrantki!

Jeśli podobał Ci się mój tekst – podziel się linkiem z innymi! Dziękuję! <3

——————————————————————————————————————————————————————————————————-

Dołącz do nas! Każda z nas przeżywa ten trudny czas inaczej, ale w grupie jest siła, co obserwuję w ostatnich dniach w naszej fejsbukowej GRUPIE EMIGRANTEK. Stała się ona dla mnie samej miejscem wytchnienia, zrozumienia i wsparcia – szczególnie teraz. Na czas kryzysu uruchomiłyśmy tu darmowe wsparcie psychologiczne i językowe, poza tym dzielimy się informacjami z różnych krajów, dodajemy otuchy, ale też śmiejemy i zagrzewamy do działania. Zebrała się tu grupa bardzo fajnych dziewczyn! 😉 Zapraszamy!

 


Podaj swój adres email i otrzymaj darmowy ebook.

Administratorem Twoich danych osobowych podanych w formularzu jest Monika Laskowska-Baszak (emigrantka.eu). Szczegóły związane z przetwarzaniem danych osobowych znajdziesz w Polityce prywatności.

0 comments
13 likes

Related posts

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

O mnie

Paryż miałam w planach co najwyżej na… emeryturę. Ale życie uwielbia płatać figle. Przyjechałam do Paryża z miłości do mężczyzny, a zostałam z miłości do tego kraju. Dziś witam Was na moim lyońskim balkonie, przy stoliku oplecionym zapachem lawendy i z filiżanką aromatycznej kawy w dłoni. To moja prywatna café. Moje codzienne radości i smutki, zachwyty i zmagania z życiem na emigracji, roztrząsane przy małej czarnej. Zapraszam Was w (nie)codzienną podróż po Francji, podczas której Paryż będzie tylko jednym z przystanków.
Czytaj dalej

Newsletter

Podaj swój adres email i otrzymaj darmowy ebook.

Administratorem Twoich danych osobowych podanych w formularzu jest Monika Laskowska-Baszak (emigrantka.eu). Szczegóły związane z przetwarzaniem danych osobowych znajdziesz w Polityce prywatności.

Airbnb – skorzystaj z mojej zniżki!
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty