Rozczaruję Was. Nie byłam wczoraj na żadnej halloweenowej imprezie ani też takowej nie organizowałam. Z ciekawością jednak obserwowałam Francuzów i ich przygotowania do wieczornej maskarady. A było na co popatrzeć – w metrze, na ulicach i sobotnich marché. Szczerze mówiąc to nie miałam pojęcia, że ten amerykański zwyczaj tak się tutaj przyjął. Paryż Paryżem, ale moja podparyska wioska???
Kiedy wróciłam z pracy, było już ciemno, ok. godz. 20tej. A nasze miasteczko tętniło życiem jak nigdy o tej porze. Cenię sobie tę okolicę, bo jest tu zielono, cicho i spokojnie. Wieczorem tylko szum drzew i ewentualnie samoloty przygotowujące się do lądowania. A tu wczoraj taki odświętny gwar, balony, kościotrupy i dynie na płotach i w ogródkach. Słychać śmiech i krzyki dzieci biegających z reklamówkami pełnymi bonbons, czyli cukierków. Do nas też zastukały, wywołując u mnie pewną konsternację i popłoch, czy cokolwiek słodkiego w domu posiadam… Bo… nie pomyślałam. No… kompletnie nie wpadłam na to, że przecież jak Halloween to cukierki i mali hallokolędnicy 🙂 Nie jestem ani przeciwniczką, ani zwolenniczką tego amerykańskiego święta. Ale lubię dobrą zabawę i ludzi, którzy potrafią się bawić z fantazją i wielką uciechą. A już w ogóle uwielbiam roześmiane i rozbawione dzieciaki. Obiecałam więc sobie, że w przyszłym roku – nawet jeśli nie będę świętować, to na pewno kupię dużo cukierków 😉

A wczoraj, zanim usiedliśmy do sobotniej kolacji, korzystając z wyjątkowo ciepłej i uroczej jak na tę porę roku pogody – udaliśmy się na halloweenowy spacer po okolicy. Popatrzcie, co za stwory się na nas czaiły za każdym rogiem… Mają Francuzi fantazję…? 😉







A Wy jak spędziliście wczorajszy wieczór? 🙂

