Jest ode mnie tylko rok starszy. Jest Serbem i świetnie mówi po francusku, trzeba się wsłuchiwać, by zauważyć obcy akcent. Przyjechał do Francji, gdy miał 20 lat. Pracował głównie na budowach, początkowo jako zwykły robotnik, z czasem sam nadzorował ekipę. Ożenił się i tutaj na świat przyszło dwoje ich dzieci. Po dziesięciu latach starań udało im się w końcu załatwić dokumenty uprawniające do stałego i legalnego pobytu we Francji. Radość była ogromna. Tymczasem przyszła zima i sezon masowych przeziębień. Dzieci złapały jakiegoś wirusa, od dzieci zaraziła się żona, a na końcu on sam się rozchorował. Żona musiała wziąć antybiotyki. Była osłabiona. Tamtego dnia czuła się senna i zmęczona. Postanowiła się zdrzemnąć i… już się nie obudziła…
Diagnoza lekarzy była szokująca. Tę młodą kobietę, mającą całe życie przed sobą, zabił w pół godziny wirus wywołany pneumokokiem. Nie cierpiała. To jedyne pocieszenie dla jej męża, który w wieku 33 lat został sam, na emigracji, z dwójką małych dzieci… Minął rok od jej śmierci. On nadal nosi obrączkę. Nadal jest ciężko. Właśnie zmienił pracę, by mieć w końcu pewny kontrakt i wolne weekendy dla dzieci.
Ta historia zdarzyła się naprawdę. Z tą historią wrócił do domu dwa dni temu Muszkieter. Ten Serb to jego nowy kolega z pracy, którego właśnie wdraża w obowiązki. Nas oboje zdruzgotała ta historia.
Chłopak jest w moim wieku. Ich wspólne, piękne życie miało się dopiero zacząć na emigracji. Włożyli tyle wysiłku. Mieli z pewnością wiele wspólnych planów i marzeń. W pół godziny to ich życie się skończyło.
Dziś miałam opublikować zupełnie inny tekst. Taki mikołajowy, świąteczny, lekko traktujący dzisiejsze święto Mikołaja. I nie powiem, znalazłam dziś piękny prezent pod choinką. Radochę mam ogromną i doceniam bardzo, ale dziś cieszy mnie coś więcej niż to pięknie zapakowane pudełeczko. Cieszę się przede wszystkim, że wieczorem będę miała z kim napić się herbaty z cytryną i zjeść włoskie pandoro tak popularne we Francji w okresie przedświątecznym. Cieszę się, że za chwilę upiekę miodowe pierniczki i zrobię niespodziankę Muszkieterowi. A jutro zrobię z nich małą paczuszkę do pracy. Tyle, aż tyle i tylko tyle mogę zrobić dla kogoś, komu bardzo współczuję. On z pewnością tego współczucia nie chce i nie potrzebuje, ale taki słodki gest być może choć trochę osłodzi trudy nowej pracy i nowego rozdziału życia.
Nie potrzeba wielkich pieniędzy, żeby siebie lub kogoś uszczęśliwić. Choć zabrzmi to najbanalniej na świecie, to prawda jest taka, że największym prezentem, jaki możemy sobie dziś sprawić, to docenić to, co już mamy. Choć wiecznie o tym zapominamy…W tej perspektywie każdy z nas może zostać swoim i czyimś Świętym Mikołajem…
Z tą refleksją dziś Was zostawiam, życząc Wam pięknego, słodkiego i bardzo ciepłego dnia.


Komentarze
Maria Kuzniarska
Pięknie napisane i jakie to ważne , żeby doceniać i byc wdzięcznym za wszystko co mamy .. Maria
Monika
to Maria Kuzniarska
Niby to wiemy, ale niestety z realizacją na co dzień bywa różnie. Łatwo stracić czujność w codziennym kołowrotku. Myślę, że dlatego warto o tym mówić […] Read MoreNiby to wiemy, ale niestety z realizacją na co dzień bywa różnie. Łatwo stracić czujność w codziennym kołowrotku. Myślę, że dlatego warto o tym mówić i przypominać. Mnie stawiają do pionu właśnie historie innych ludzi, są jak znaki, przebłyski świadomości w naszej rutynie. Taka magia świąt na co dzień ;) Pozdrawiam serdecznie Pani Mario :) Read Less