Walentynki w Italii?

Tak. Walentynki spędziłam w Italii. Ale tytuł tego posta wydawał mi się tak banalny, że musiałam dodać znak zapytania 😉 Otóż tak. Kiedyś bym się śmiała: z tego dnia, z serduszek, z wszechobecnego komercyjnego zaduchu i czerwieni bijącej po oczach w okolicach 14. lutego. Kiedyś byłam singielką, potem niesingielką, potem miałam chłopaka, który obchodził urodziny w walentynki, a potem takiego, z którym zerwałam właśnie w ten dzień 😉 Kiedyś… Dziś żyję po swojemu i mam ochotę świętować ten dzień, bo jest to jeden z wielu dni w roku, w którym warto świętować, tak po prostu, miłość. A już na pewno warto gdzieś sobie wtedy z ukochanym wyjechać. Do tego każda okazja jest najlepsza. A jeśli nie Francja? To tylko Italia!

Na samym początku chciałabym Wam powiedzieć, że jeśli marzy się Wam taki walentynkowy wypad, to ceny biletów lotniczych na pewno Wam do tego nie zniechęcą. Wręcz przeciwnie. Jeśli stosunkowo wcześnie zaczniecie śledzić ceny (my kupiliśmy je miesiąc przed walentynkami), to do Italii możecie polecieć za niecałe 20 euro w obie strony, a może nawet i taniej. To był jeden z powodów, dla których zdecydowaliśmy się na walentynki w przepięknym Bergamo. Więcej o samym miasteczku, które bardzo często i bardzo niesłusznie omijane jest przez turystów zmierzających do Mediolanu, napiszę wkrótce. Dziś chciałabym pokazać Wam to urocze miejsce w odsłonie wyjątkowej, bo walentynkowej.

Przy okazji tego wpisu wyjdzie na jaw mój pewien sekret. Kocham Italię, a kiedyś uważałam, że jest to jedyny kraj za granicą, w którym mogłabym zamieszkać na stałe. Włosi są mi bliżsi mentalnie niż Francuzi. Uwielbiam ich, tak po prostu. Ich otwartość, ich rodzinność i gościnność, przywiązanie do tradycji, a jednocześnie luz. Nade wszystko uwielbiam kuchnię włoską. No i język. Uczyłam się włoskiego sama, a także krótko na studiach z wyboru i z uwielbienia dla jego brzmienia. Podczas tego pobytu nie mogłam wyjść ze zdumienia, ile po dość długiej przerwie jestem w stanie zrozumieć. Z tym większym żalem uświadamiałam sobie, że z francuskim to idzie mi nader opornie… Nieustannie mimochodem porównywałam te dwa kraje.

Włosi potrafią się bawić i celebrować życie. Potrafią świętować. Lubią okazywać sobie publicznie uczucia. Kochają jeść i jeśli gotują, to wkładają w to całe swoje serce. Większość restauracji i kawiarni w Bergamo to lokale z wieloletnią tradycją, przekazywane z pradziada na dziada, z portretami przodków na ścianach i wygrawerowanymi datami na filiżankach. Pobyt w takim miejscu to prawdziwa uczta nie tylko dla ciała, ale i dla ducha. Wystrój i atmosfera, bardzo często swojska, rodzinna, jednocześnie niepozbawiona elegancji i szyku, sprawia, że kawa wypita w takim miejscu przestaje być tylko kawą – tu chłonie się historię, wpatruje w portrety ludzi, którzy tworzyli to miejsce, chłonie się uśmiechy i melodyjne pozdrowienia właścicieli i kelnerów serwujących espresso. Chce się tak siedzieć i siedzieć, jak w gościnie u dobrych znajomych… Zresztą Włosi stają się Twoimi znajomymi po wymianie zaledwie kilku zdań. Zwłaszcza w tych małych włoskich miasteczkach.

Walentynki w Bergamo. Znów zabrzmię banalnie i śmiesznie, ale miłość czuć było w powietrzu. I nie dlatego, że witryny sklepowe pełne były serduszek, miśków, czerwonych róż i ciasteczek w kształcie serca z napisem amore. Nie dlatego, że wszystkie restauracje przygotowały specjalne menu walentynkowe. Miasto żyło oczekiwaniem na TEN wieczór, na turystów, na zakochanych, którzy wybrali właśnie to średniowieczne miasteczko na wzgórzu, otoczone Alpami, do tego, by spędzić ten dzień, weekend inaczej – wyjątkowo, blisko, we dwoje. To właśnie oni, uśmiechnięci, trzymając się za ręce, spacerowali wąskimi, urokliwymi uliczkami miasta, inni oblegali tarasy kawiarniane, fontanny, urocze zakamarki i ukryte place. Jeszcze inni przesiadywali w objęciach na ławeczkach z widokiem na panoramę miasta i ośnieżone wierzchołki Alp.

Ale żeby nie było tak słodko, cukierkowo i banalnie, happy endu w Walentynki nie było. Bo real to nie poemat. Prawdziwe życie to np. deszcz, który lał przez całą niedzielę i wirus, który dopadł Muszkietera akurat w walentynkowe popołudnie… Była wprawdzie kolacja w uroczej restauracji, z muzyką włoską na żywo i różami na wejście. Z makaronem i pysznym winem. Ale tylko ja wiem, jak modliłam się, patrząc na bladą twarz ledwo siedzącego Muszkietera, byśmy jak najszybciej wrócili do hotelu. Bo w życiu i w podróży tak samo: nigdy nie Wiesz, na jakim skończysz przystanku… 😉

Ale warto pamiętać, że cokolwiek by się nie działo – jutro będzie nowy dzień… 😉

Podaj swój adres email i otrzymaj darmowy ebook.

Administratorem Twoich danych osobowych podanych w formularzu jest Monika Laskowska-Baszak (emigrantka.eu). Szczegóły związane z przetwarzaniem danych osobowych znajdziesz w Polityce prywatności.

0 comments
0 likes

Related posts

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

O mnie

Paryż miałam w planach co najwyżej na… emeryturę. Ale życie uwielbia płatać figle. Przyjechałam do Paryża z miłości do mężczyzny, a zostałam z miłości do tego kraju. Dziś witam Was na moim lyońskim balkonie, przy stoliku oplecionym zapachem lawendy i z filiżanką aromatycznej kawy w dłoni. To moja prywatna café. Moje codzienne radości i smutki, zachwyty i zmagania z życiem na emigracji, roztrząsane przy małej czarnej. Zapraszam Was w (nie)codzienną podróż po Francji, podczas której Paryż będzie tylko jednym z przystanków.
Czytaj dalej

Newsletter

Podaj swój adres email i otrzymaj darmowy ebook.

Administratorem Twoich danych osobowych podanych w formularzu jest Monika Laskowska-Baszak (emigrantka.eu). Szczegóły związane z przetwarzaniem danych osobowych znajdziesz w Polityce prywatności.

Airbnb – skorzystaj z mojej zniżki!
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty