Kryzys na emigracji – czy emigracja musi boleć?

To nie dzieje się z dnia na dzień, a jednak pewnego dnia budzisz się rano i nagle czujesz, że nie dajesz rady, że nie tak miało być. Wszystko wydaje Ci się trudne, szare, irytujące, a nawet bez znaczenia. Najchętniej nie wychodziłabyś z łóżka, rzeczywistość za oknem przygnębia, a momentami przeraża, brzęczący w obcym języku telewizor przyprawia o mdłości. Zaczynasz się zastanawiać nad sensem swojej sytuacji, miejsca, które wybrałaś, pracy, którą wykonujesz i związku, w którym jesteś. Targają Tobą na przemian różne uczucia: rozczarowanie, smutek i ogromna, przeogromna tęsknota za swoją rodziną i krajem, z którego wyjechałaś. Czujesz się tym wszystkim zmęczona i zagubiona. Po fali euforii, fascynacji, motywacji i wielkich nadziei, spadasz w dół swojego rozczarowania, zniechęcenia, wątpliwości i pytań, co dalej. Przecież zapowiadało się tak pięknie? Przecież jestem w miejscu, w którym tak bardzo chciałam być!

Pamiętam wiele takich poranków na emigracji. Pamiętam, jak było trudno. Pamiętam, jak biczowałam się myślą, że coś chyba jest ze mną nie tak. Że emigracja to nie dla mnie. Ale to nieprawda. Jest nas więcej. Podobno każdy emigrant przynajmniej raz w swoim życiu przechodzi taki kryzys. Albo kilka kryzysów. Też to znasz?

Etapy emigracji – w której fazie jesteś?

Pewnie słyszałaś o książkowym podziale na etapy emigracji. Ja dowiedziałam się o nim dość późno, zdecydowanie za późno, by łatwiej i szybciej przejść przez pierwsze kryzysy. To, co ratowało mnie w tamtym czasie, to pisanie. To zabawne, ale nie znając wtedy jeszcze naukowych terminów, któregoś dnia napisałam, że mój „miesiąc miodowy” we Francji się skończył. Dopiero jakiś czas temu dowiedziałam się, że niektórzy psychologowie tak właśnie określają pierwszy etap życia na emigracji i pierwsze, pełne ekscytacji i szczęścia, miesiące w nowym kraju.

Według specjalistów, emigranci przechodzą kolejne 3 fazy: fascynację (euforia, radość i zachwyt nowym miejscem), kryzys (załamanie, depresja, tęsknota) i stabilizację (asymilacja).

Osobiście uważam, że to dość uproszczony podział, ale robiąc research do tego tematu, natknęłam się na ciekawe artykuły, które uzupełniają ten schemat. Bliska jest mi teoria porównania stanów emocjonalnych emigranta do litery „W”. Znacie ją? Najpierw jesteśmy na szczycie – euforia, radość i duma, że zrobiliśmy to! – jesteśmy w wymarzonym miejscu; potem następuje spadek – nowa rzeczywistość okazuje się trudna, nieprzewidywalna i nie taka różowa, jak się nam wydawało, dochodzi tęsknota za rodziną i poczuciem bezpieczeństwa, jakie dawał nam swojski i dobrzez znany rodzinny kraj, następnie wraz z pokonywaniem kolejnych barier i trudów emigracji, wraz z oswajaniem nowej rzeczywistości i zadamawianiem się – nasze samopoczucie poprawia się i powraca radość z życia. Potem schemat się zazwyczaj powtarza, choć nie musi, ja jestem jednak przykładem na to, że tych kryzysów może być zdecydowanie więcej.

Daleka jestem od naukowych teorii, które zamykają te fazy w określonych odcinkach czasowych. Podobno asymilacja w nowym miejscu trwa około roku. Jestem przekonana, że każda z nas emigrantek przechodzi tę drogę we własnym tempie i u każdej z nas przebiega to inaczej. Osoby wrażliwe i emocjonale z pewnością będą przechodziły ten proces dłużej i bardziej boleśnie. I choć swoją wrażliwość bardzo cenię, to jednak w tym przypadku przyniosła mi ogrom bólu i trudów, które musiałam ze sobą w samotności przepracować.

Bądź gotowa

Dziś myślę sobie, że wyjeżdżając na emigrację nie miałam pojęcia co mnie czeka – w sensie mentalnym i emocjonalnym. Przygotowujemy się do wyjazdu na każdym innym poziomie – ogarniamy dokumenty, mieszkanie, pracę, język, a kompletnie zapominamy zadbać o swój psychiczny komfort, o to, co może dziać się potem. Dzieje się tak przede wszystkim z jednego prostego powodu – nie wiemy, a często nie możemy wiedzieć, co nas tak naprawdę czeka, jak będziemy się czuć, reagować. Nie wpadłam na pomysł, by poczytać o emigracji trochę więcej niż tylko blogi pełne zachwytów, ochów i achów i pięknych pejzaży. A szkoda. Na tamtym etapie artykuły o kryzysach na pewno do wyjazdu by mnie nie zniechęciły, ale zapaliły czerwoną lampkę, że mogę się czuć tak, nie inaczej, że to normalne i chwilowe i że trzeba być na to gotowym.

W tamtym czasie chciałabym na przykład natrafić na ten artykuł Janusza Wróbla, nie najnowszy już, ale w moim osobistym odczuciu niezwykle mocny i przydatny. Autor świetnie wyjaśnia, co dzieje się z nami, gdy wyjeżdżamy do obcego kraju, jaki zamęt psychiczny i intelektualny towarzyszy początkom emigracji i jakie pułapki czekają na nas w tym swoistym podwójnym życiu.

Emigracja to amputacja?

Kryzys na emigracji to nie jakaś zwyczajna jesienna chandra, obniżenie nastroju czy burza hormonów, to znacznie poważniejszy stan, który przeradza się często w depresję. Są emigranci, którzy przez lata nie wychodzą z drugiej fazy, bo tak naprawdę nie wiedzą, co się z nimi dzieje i jak sobie z tym poradzić.

Czują się więźniami własnych wyborów i decyzji, bo nie zdają sobie sprawy, że emigracja to kryzys tożsamości i wartości, który zmienia człowieka już na zawsze. Nie wiedzą, że tamtego życia w Polsce, które zostawili, już po prostu nie ma. Że tę pustkę trzeba na nowo wypełnić, by poczuć się komfortowo i bezpiecznie. Że trzeba pożegnać to stare życie, którego już nie ma. Opłakać i ruszyć do przodu.

Ten proces to jest trochę walka pomiędzy asymilacją i tożsamością etniczną, czyli przywiązaniem do korzeni. Myślę, że znacie to na pewno. Te wszystkie dylematy, czy i jak obchodzić święta, jak wychowywać dzieci, jakie tradycje zachowywać na co dzień w domu.

Autor przytacza bardzo obrazowy model podziału emigrantów ze względu na ich zachowania w tym obszarze:

  • „asymilanci mają niskie wyobrażenie o swojej kulturze, chcą zasymilować się za każdą cenę, posługują się w domu angielskim (nawet, jeśli jest to łamana wersja) eliminując polski. Usiłują zminimalizować wpływ kultury i obyczajów etnicznych i żyć zgodnie z wzorem „ja-tutaj-teraz”. Nie jest to najlepszy model, bowiem by żyć twórczo i produktywnie, potrzebujemy nie tylko skrzydeł, ale i korzeni. Często występuje też u tego typu ludzi spychane do podświadomości poczucie winy wynikające z wyparcia się swych korzeni.
  •  separatyści (tradycjonaliści) podporządkowują swe życie zupełnej wierności swym oryginalnym zwyczajom i tradycjom, równocześnie żywiąc niechęć i pogardę wobec nowej kultury.
  • marginaliści (nihiliści) mają negatywne wyobrażenie zarówno o nowej, jak i o oryginalnej kulturze, zatraciwszy tradycję bez zbudowania nowej. O Polakach w Stanach, należących do tej grupy, słyszymy opinie, że zapomnieli polskiego języka i nie nauczyli się angielskiego. M. Schlottmann trafnie opisała „człowieka marginesu”, który „stoi na skraju dwóch światów: jest częścią obu, lecz partnerem żadnej, zawieszony pomiędzy dwoma kulturami, dwoma językami, nie czujący się w domu w żadnej z nich.” Żyją oni zgodnie z wzorem „(nie) ja – nie tutaj/tam – nie teraz/przedtem”.
  • integraliści łączą pozytywne wyobrażenie o nowej kulturze z respektem dla własnej. Prezentują w ten sposób tzw. „trzecią wartość” (sformułowanie D. Mostwin), która jest kombinacją tego, co najlepsze w obu źródłach kulturowych. Żyją oni zgodnie z wzorem „ja-tutaj” wzbogacone o „tam-teraz” wzbogacone o „przedtem”. Moglibyśmy powiedzieć, że te osoby mają zarówno skrzydła, jak i korzenie.”

Do której grupy należysz? Myślę, że warto się zastanowić nad miejscem, w którym jesteśmy i czy jest to miejsce, w którym chcemy być.

Życie w rozkroku

Na pewno to znacie. Jedną nogą tu, drugą tam. Ciałem tutaj, myślami w ojczyźnie. Rozbicie pomiędzy życiem w Polsce, które się zostawiło, a tym nowym, które mamy teraz na emigracji, można porównać do rodwojenia jaźni. Tamtego tak naprawdę już nie ma, ale tego nowego też jeszcze nie ukształtowaliśmy tak, jakbyśmy chcieli. Trochę tu, trochę tam. To ogromny wysiłek mentalny, który kosztuje mnóstwo energii. Im dłużej trwa, tym bardziej nas osłabia, ale trzeba ten etap przejść, przeżyć, przepłakać, by zbudować siebie na nowo.

Janusz Wróbel znakomicie opisał to rozbicie i dezintegrację. Trzy słowa JA-TUTAJ -TERAZ to nasze punkty odniesienia, które osadzają nas w rzeczywistości. Na emigracji te słowa zamieniają się w JA – NIE TUTAJ – NIE TERAZ albo JA – TAM – PRZEDTEM. Problem polega na tym, by odnaleźć to swoje TU I TERAZ, a raczej by je zbudować na nowo.

Tak naprawdę nie ma starego i nowego świata – mój świat jest tam, gdzie jestem ja. 

Autor zachęca, by spojrzeć na emigrację nie jak na rezygnację z czegoś, ale jak na początek nowego życia, a wyzwania emigracji postrzegać nie jako przeszkody, ale szanse do przekroczenia własnych ograniczeń. 

Wiem, brzmi dobrze, ale jak trudno wykonać.

Kryzys na emigracji – jak sobie z nim radzić?

Patrząc na moją drogę emigracji, niezwykle mocno utożsamiam się z tym, co napisała na ten temat Kasia, która mieszka od kilku lat na Karaibach. Na bazie własnych doświadczeń podzieliła emigrację na 5 etapów:

  1. Fascynacja i stres
  2. Kryzys
  3. Akceptacja i zmiany w osobowości
  4. Komfort i bezpieczeństwo
  5. Stabilizacja

Kasia w sposób szczególny akcentuje fakt, że emigracja zmienia ludzi. Że jest to nieuchronne, tak samo jak pożegnanie przeszłości.

Umiejętność żegnania się z przeszłością nie jest prostą sprawą. Nowe życie to zmiany w nas samych. A one bardzo bolą. Ale jeszcze bardziej boli tkwienie w przeszłości i wiara, że można ją przywrócić. To wyniszcza życie.

Pamiętam, jak tkwiąc w kolejnym kryzysie, powiedziałam do siebie: „no dobra Monia, to teraz wyobraź sobie, że wracasz do Polski: jak to Twoje życie by tam wyglądało? I wtedy poczułam całą sobą, w jakiej iluzji żyję. Z całą mocą wyobraziłam siebie i swoje zagubienie w starej-nowej rzeczywistości. Wyobraziłam sobie szukanie pracy po takiej przerwie na polskim rynku, który zmienił się przez ostatnie lata, wyobraziłam sobie spotkania ze znajomymi i przyjaciółmi, którzy żyją życie zupełnie inne na co dzień niż moje. Poczułam, że wprawdzie mam tam rodzinę i Biedronkę, i swojskie obrazy oraz smaki, miliony cudnych wspomnień, ale… nie mam tam życia.

To życie musiałabym zbudować na nowo… Na nowych warunkach, w nowym kontekście i z nowymi osobami. Tamta wizja i tamta chwila były przełomowe, a jednocześnie bardzo bolesne. Uświadomiłam sobie, że jedyne życie, jakie mam, to jest życie, które żyję tu w podparyskim (jeszcze wtedy) mieszkaniu, z moim mężem, z wielokulturowymi sąsiadami za ścianą, z bagietką na kolację. To jest jedyne moje prawdziwe życie, które mogę uczynić takim, jakim chce żeby było.

Ta świadomość nie sprawiła, że kryzysy przestały mnie dopadać jak za dotknięciem czarodziejskiej różdźki. Zawsze, kiedy coś nie idzie po mojej myśli, gdy jestem zmęczona, zagubiona, stęskniona lub smutna przychodzi ta pokusa, by winą za to obarczyć emigrację. By naiwnie wierzyć, że w Polsce byłoby inaczej. To jest cholernie trudne, ale trzeba nauczyć się z tym żyć.

Życie nie do przewidzenia

Kiedy planując posty blogowe na październik, wybrałam ten temat, nie miałam pojęcia, że przyjdzie mi go pisać w prawdziwym trudnym kryzysie. Tym razem jest szczególnie ciężko. Nadszedł jeden z tych momentów, których na emigracji bałam się najbardziej. Kilka dni temu wróciłam z Polski. Gaśnie w chorobie jedna z najbliższych mi osób. To się stało na przestrzeni zaledwie dwóch miesięcy. To są takie momenty, kiedy świat zatrzymuje się w biegu, a Ty zaczynasz pytać się po raz kolejny: co jest tak naprawdę istotne, gdzie jest Twoje miejsce i co przeoczyłaś. I najgorsze – czy miałaś prawo przeoczyć? Nie bywać, nie dzwonić tak często jak można było? Dziś moje wszelkie starania z tych lat wydają się niczym. Dziś jest mi trudno uznać coś za wystarczające. Dziś rachunek sumienia łamie moje serce na kawałki, a przyszłość przeraża bardziej niż kiedykolwiek. Będą kolejne osoby, a mnie nie ma i nie będzie.

Przypuszczam, że jeszcze dwa, trzy lata temu spakowałabym manatki i wróciła do Polski. Dziś wiem, że próba akceptacji tego wszystkiego, co się dzieje i w życiu przydarza, to jedyna słuszna droga. Inaczej to życie już na zawsze byłoby nie do zniesienia. Czy tu, czy tam.

 

Napisanie tego trudnego i szczerego tekstu dużo mnie kosztowało. Ale zrobiłam to z myślą o tych z Was, które piszą do mnie mejle, że przeżywają podobne sytuacje. Podzielcie się proszę Waszymi doświadczeniami. Czy przechodziłyście taki kryzys na emigracji? Jak sobie z nim poradziłyście? I mam do Was wielką prośbę – prześlijcie ten tekst dalej osobom, które mogą tego potrzebować! <3

 

*******************************************Witaj!********************************************

Cieszę się bardzo, że odwiedziłe(a)ś mój blog!

Napracowałam się przy tym tekście, więc będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz jakiś ślad swojej obecności: komentarz, like lub udostępnisz dalej znajomym, którym może się ten artykuł spodobać.

Dla Ciebie to tylko sekunda, a dla mnie sygnał, że moja praca miała sens!

Dziękuję! <3

4 comments
29 likes

Komentarze

  • izabela

    28 października 2019 at 21:30
    Reply

    Trzymaj się, to trudny okres,

  • Elka

    28 października 2019 at 18:01
    Reply

    Miałam kryzys od kilku miesięcy. Mieszkałam na południu Francji dwa lata -praca w dwóch rodzinach francuskich jako fille aupair , kursy językowe na uniwersytecie we […] Read MoreMiałam kryzys od kilku miesięcy. Mieszkałam na południu Francji dwa lata -praca w dwóch rodzinach francuskich jako fille aupair , kursy językowe na uniwersytecie we Francji - cudownie spędzone 24miesiace w moim życiu. Ale co dalej? Podejmować jakąkolwiek pracę we Francji ABY TYLKO W NIEJ BYC? Będąc filologiem francuskim w Polsce mogę mieć bardzo ciekawe życie, pracować na fajnych naprawdę dających motywacji stanowiskach. We Francji byłabym tylko zwykła dziewczyna z miłym akcentem i śmiesznym ,u' który zawsze jest ,ou, . Z bólem serca zdecydowałam się wrócić. Od dwóch dni jestem w Polsce I mimo bolacego serducha wiem że trzeba było ,tourner la page'. Bardzo ważne jest poczucie bycia docenianym-niestety we Francji odbierają nas Polaków jako kogoś gorszego, mniej ambitnego 'tzw. Ahhh la pologne le pays de l'est ... C est mieux ici,hein? . Jestem niezmiernie zadowolona że spędziłam tam swoje 26urodziny. Ale kilka dni po nich doszło do mnie że każdy kolejny rok mojego życia nie będzie się kształtował tak jak kiedyś sobie wymarzylam. Read Less

    • Monika
      to Elka

      28 października 2019 at 21:00
      Reply

      Elka, niesamowicie dziękuję Ci za ten szczery komentarz! Tak, zgadzam się z Tobą w 200%, praca, która daje nam satysfakcję jest niesamowicie ważna! Znam bardzo […] Read MoreElka, niesamowicie dziękuję Ci za ten szczery komentarz! Tak, zgadzam się z Tobą w 200%, praca, która daje nam satysfakcję jest niesamowicie ważna! Znam bardzo dobrze poczucie niespełnienia zawodowego, rozterki co dalej czy myśl, że stać mnie na więcej. Nigdy jednak nie zaznałam ze strony Francuzów takiego traktowania, o jakim piszesz, wręcz przeciwnie, raczej spotykam się z ich zainteresowaniem, a w kwestiach zawodowych z podziwem, gdy pokazuję swoje cv lub efekty pracy (u mnie barierą był zawsze głównie język)- co więcej moi francuscy znajomi postanowili pojechać turystycznie do Polski, zakochali się w Krakowie i od tamtej pory jeżdżą niemal co roku. Masz odwagę, ambicję i to jest piękne, że Wiesz czego chcesz od życia. To niesamowicie ważne, z takim podejściem wszędzie sobie poradzisz, czy w Polsce, czy gdziekeolwiek indziej na świecie ;) Read Less

  • Sylwia

    17 października 2019 at 23:00
    Reply

    Moniko, po pierwsze wirtualnie Cię mocno ściskam, niestety jestem w podróży i nie mogę tego zrobić osobiście. Trzymaj się, to trudny okres, chyba najtrudniejszy na […] Read MoreMoniko, po pierwsze wirtualnie Cię mocno ściskam, niestety jestem w podróży i nie mogę tego zrobić osobiście. Trzymaj się, to trudny okres, chyba najtrudniejszy na emigracji, kiedy odchodzą bliskie osoby a my nie możemy być przy nich. Ja przeżyłam to jeszcze będąc w Polsce, ale już mieszkając daleko od rodzinnego domu, gdy niespodziewanie odchodził mój dziadek, a potem tato. Również miałam ogromne poczucie winy i wyrzuty sumienia. Potem przychodzi akceptacja, taka jest kolej rzeczy, jedni się rodzą, drudzy umierają, a my mamy jedno swoje życie, które toczy się dalej. Kryzysy na emigracji przeżywam regularnie, jednak nie uważam że częściej niż w Polsce. Taka już uroda WWO (wysoko wrażliwych osobowości), że wszystko odczuwamy intesywniej, a to wyczerpuje. Stąd te poranki, kiedy czujemy się bezsilne, a wstanie z łóżka urąga do wygranej w maratonie. Chciałabym w tym momencie udzielić Ci odpowiedzi na pytanie jak należy sobie radzić, ale sama nadal go poszukuje. Póki co, zakładam uśmiech, włączam pozytywną muzykę, ubieram najlepszy ciuch z szafy, starannie nakładam makijaż, a wieczorem idę na tańce i/lub fitness... alternatywnie jadę się wyplakać do Marty, albo na 3 piętro ;) Chciałabym być już na etapie integralistki i nad tym pracuję, staram się nadal śledzić wydarzenia i kulturę w Polsce, ale jeszcze jest mi trudno zasymilować dostatecznie Francuską. Trudność sprawia mi nie wystarczający poziom jezyka i nie wystarczajaca ilość znajomych Francuzów. Wiele pracy przede mną, ale moim zdaniem to jedyna sluszna droga. Trzymaj się i nie daj się! Read Less

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

O mnie

Paryż miałam w planach co najwyżej na… emeryturę. Ale życie uwielbia płatać figle. Przyjechałam do Paryża z miłości do mężczyzny, a zostałam z miłości do tego kraju. Dziś witam Was na moim lyońskim balkonie, przy stoliku oplecionym zapachem lawendy i z filiżanką aromatycznej kawy w dłoni. To moja prywatna café. Moje codzienne radości i smutki, zachwyty i zmagania z życiem na emigracji, roztrząsane przy małej czarnej. Zapraszam Was w (nie)codzienną podróż po Francji, podczas której Paryż będzie tylko jednym z przystanków.
Czytaj dalej

Listy z Francji

Chcesz otrzymywać listy z Francji? Wpisz poniżej swój adres email, zapisz się do newslettera.

Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty